Do mody okrężną drogą

Alina Treptow
opublikowano: 2013-03-29 00:00

Anna Krzyżanowska była już przedstawicielem handlowym i menedżerem salonu fryzjerskiego. Dzisiaj ubiera gwiazdy.

To jedno z gorętszych nazwisk branży modowej ostatnich lat. Sukienki Anny Krzyżanowskiej coraz częściej widać na polskich salonach, a ostatnio zadebiutowały za granicą, kiedy razem z polską Miss dotarły do półfinałów konkursu Miss Universe. Nic dziwnego — projektantka sama o sobie mówi, że jest pracoholiczką. Ale taką, która ma szczęście robić to, co kocha. Nie od razu jednak zajęła się projektowaniem. Droga do stacji z tabliczką „Moda” zajęła Annie Krzyżanowskiej sporo czasu. Wcześniej pracowała jako przedstawiciel handlowy w koncernie, była menedżerką, która postawiła na nogi upadający zakład fryzjerski, i stylistką w znanym programie telewizyjnym.

W trasie

Dzieciństwo spędziła we Włocławku, mieście znanym z zapory, farb, zespołu koszykarzy i, rzecz jasna, ketchupu. Po maturze przeniosła się do Szczecina, gdzie studiowała zarządzanie i podjęła pracę przedstawiciela handlowego w Procter & Gamble. To w służbowym aucie, przejeżdżając tysiące kilometrów na trasie Poznań — Szczecin, nauczyła się pracy. I ludzi.

— Spotykałam rozmaite osobowości. Klienci zdarzali się różni, a z każdym trzeba było się dogadać — wspomina Anna Krzyżanowska. Po trzech latach powiedziała stop i odeszła z korporacji na przekór rodzinie i znajomym, który pukali się w czoła — jako dwudziestotrzylatka miała już przecież służbowe auto, mieszkanie i trochę pieniędzy na koncie. — Zaparłam się, bo wiedziałam, że po kolejnych kilku latach takiej pracy będę dwudziestoparolatką z energią siedemdziesięciolatki — tłumaczy Anna Krzyżanowska.

Pierwsze kroki

Długo bez pracy nie usiedziała. Po krótkiej przerwie pojechała do kaliskiej firmy Gabriel prowadzącej salony fryzjerskie. Powiedziała, że choć ma 23 lata i nie ma pieniędzy, jest w stanie postawić na nogi jeden z salonów. Tak trafiła do Gdyni, początkowo na trzy miesiące, z czego ostatecznie zrobiły się trzy lata.

— Gdy po raz pierwszy przekroczyłam progi salonu, jedna pani czytała gazetę, druga trzymała nogi na stole. Klientek nie było. Kiedy odchodziłam, w salonie pracowało jedenastu fryzjerów, a na wizyty trzeba było się umawiać z kilkutygodniowym wyprzedzeniem — wspomina Anna Krzyżanowska.

Po trzech latach czekało ją pierwsze rozczarowanie zawodowe. Po wyprowadzeniu zakładu na prostą, miał on przejść w jej ręce, do czego z różnych powodów nie doszło.

— Teraz mówię: dzięki Bogu, choć wtedy była to dla mnie wielka porażka — twierdzi Anna Krzyżanowska. Za pieniądze ze sprzedaży gdyńskiego mieszkania otworzyła w podkoszalińskim hotelu butik z odzieżą sprowadzaną z Włoch. To były jej pierwsze kroki w branży mody. Stojąc za ladą, zobaczyła kto i co kupuje. Uczyła się na błędach. Pierwsza dostawa towaru to pierwsza lekcja. Klientki czterogwiazdkowego hotelu rzadko mają 25 lat i rozmiar 36. Większość rzeczy okazała się za mała. Po kilku potknięciach interes rozkwitł, a Krzyżanowska… była coraz mniej zadowolona. Powód?

Ubrania z Włoch coraz mniej jej się podobały — tu chciała coś skrócić, tam doszyć. Pomyślała: czemu nie zacząć projektować? Wynajęła pracownię w Szczecinie i zatrudniła dwie krawcowe, które jednak nie mogły zacząć pracy, bo… nie miały na czym — nie było maszyn do szycia ani żadnych materiałów.

— Wytłumaczyły mi, jakich maszyn potrzebują. Kiedy z nimi wróciłam, umierały ze śmiechu. Kupiłam takie domowe, plastikowe, zamiast profesjonalnych, przemysłowych — śmieje się Anna Krzyżanowska. W wieku 26 lat zaczęła się intensywnie uczyć projektowania — krawcowe tłumaczyły jej, co to jest owerlok (rodzaj ściegu), punto i zefir (materiały). — Chłonęłam wszystkie informacje. Uświadomiłam sobie, że to jest to, co chcę w życiu robić — mówi Anna Krzyżanowska.

Partner poszukiwany

Biznes się rozrastał — z jednego butiku zrobiły się trzy: do Szczecina dołączyły sklepy w Gdyni i Warszawie. Po pierwszym pokazie w stolicy dizajnerka stwierdziła, że to w tym miejscu powinna być. Po rozstaniu z ówczesnym chłopakiem nic już jej nie trzymało w Szczecinie, więc obrała kierunek na Warszawę. Po przyjeździe robiła kilka rzeczy jednocześnie — zdalnie prowadziła szczeciński biznes i była stylistką w programie „Szansa na sukces”.

— To był zwariowany okres. Nadal pamiętam 10-godzinne nocne podróże pociągiem do Szczecina. Dodam, że towarzyszył mi mój wielki chart — opowiada Anna Krzyżanowska.

W 2011 r. zdecydowała się na otwarcie pracowni butiku w Warszawie. Stanęło na Hotelu Europejskim przy Krakowskim Przedmieściu. Ten adres sama sobie wychodziła. Choć nie szukano nowego najemcy, dzwoniła, przychodziła, pytała i prosiła. Do skutku.

— Kiedy zwolniło się miejsce, to chyba dla świętego spokoju mi je wynajęli — mówi Anna Krzyżanowska.

Taki upór przynosi owoce — warszawski biznes zaczął nabierać prędkości. Projektantka doszła do momentu, w którym trzeba zdecydować co dalej.

— Już nie jestem w stanie ogarniać wszystkiego sama. Chciałabym znaleźć biznesowego partnera, tak żebym mogła się skupić na projektowaniu, czyli na tym, co kocham najbardziej — sumuje Anna Krzyżanowska.

Nowy sznyt

Strojów autorstwa Anny Krzyżanowskiej nie da się opisać w kilku słowach. Projektantka nie trzyma się kolekcji prezentowanych na pokazach — projektuje ubrania pod klienta, jego styl, sylwetkę i przyzwyczajenia. Mogą to być długie powłóczyste kreacje, które nie umkną oku fotoreporterów na wieczornej gali. Suknie zrobione jakby babcinym szydełkiem?

Czemu nie. Dizajnerka lubi eksperymenty z tkaninami. Pracuje nad plisowaną spódnicą z materiału przypominającego worek po ziemniakach. To, że można w nim wyglądać olśniewająco, potwierdziła już w latach 50. Marilyn Monroe. &