Większość zarządzających to optymiści. Dostrzegają oni coraz lepsze otoczenie makroekonomiczne, ożywienie w gospodarce, niską inflację, rekordowo niskie stopy procentowe, wzrost dynamiki produkcji przemysłowej czy wreszcie poprawę wyników spółek. Hossa trwa w najlepsze i coraz więcej jest chętnych, gotowych wyłożyć gotówkę na inwestycje giełdowe. Jednostki uczestnictwa funduszy sprzedają się w tym roku jak świeże bułeczki, bo klienci nie chcą już dłużej trzymać pieniędzy na nisko oprocentowanych lokatach bankowych i w papierach skarbowych. Optymizm jest tak wszechobecny, że aż niepokojący, bo jak mawiał Warren Buffett — często za pogodną jednomyślność trzeba płacić bardzo wysoką cenę. A tak było w latach 2003-07.
Na szczycie ubiegłej hossy rozsądek ustąpił miejsca chciwości. Inwestorzy wpadli w szał zakupów giełdowych, pakując do portfela niemal wszystko. Spółki były głodne kapitału, więc pchały się na giełdę drzwiami i oknami, bo wiedziały, że z pozyskiwaniem kapitału problemu nie będzie. Pompowana od 2003 r. bańka (zwłaszcza w niektórych sektorach, jak w deweloperce) w końcu pękła, a inwestorzy, którzy kupili akcje lub fundusze akcji na szczycie, ponieśli często trudne do zaakceptowania straty. Czy teraz można mieć wrażenie déją vu? Sprawdziliśmy, na ile dzisiejszą sytuację na rynku można określić jako analogiczną do tej ze szczytu poprzedniej hossy.
Runu na fundusze nie ma
W poprzedniej hossie TFI bez trudu potrafiły zagospodarować rosnące, na skutek korzystnej sytuacji gospodarczej, oszczędności Polaków. Chętnie przejmowały także pieniądze przenoszone z depozytów bankowych. Jednostki uczestnictwa sprzedawały się jak świeże bułeczki, ale największy popyt na fundusze akcji małych i średnich spółek był pod koniec hossy w latach 2006-07, kiedy miesięczne napływy sięgały nawet 2 mld zł. Do popularności „misiów”z tamtych czasów jeszcze wiele brakuje. Moda na fundusze akcji wróciła dopiero w marcu tego roku, a krajowi inwestorzy, którzy zwykli kupować historyczne wyniki, dopiero zaczynają dostrzegać dwucyfrowe stopy zwrotu. Powodem do niepokoju, zdaniem przedstawicieli TFI, może być jednak to, że obecnie napływy nie rozlewają się na cały rynek. Inwestorzy pominęli okresy stopniowego przechodzenia od funduszy mieszanych, przez akcyjne, na „misiach” kończąc, i od razu postawili na małe spółki.
Kolejka dopiero się wydłuża
U szczytu poprzedniej hossy można było zaobserwować ogromny głód kapitału. Spółki pchały się na giełdę drzwiami i oknami, a w rekordowym 2007 r. pierwszy dzwonek usłyszało 81 emitentów, a akcje sprzedawano z ogromnymi redukcjami zapisów. Obecnie rynek pierwotny dopiero zaczyna się rozkręcać (patrz obok). Ostatnie oferty pierwotne, np. PKP Cargo i Energi, przyciągają rzesze inwestorów, ale w pierwszym półroczu wielu debiutów nie poprzedzała sprzedaż akcji, bo zarządy ani nie miały pomysłu, jak zagospodarować kapitał, ani wiary w to, że uda się uzyskać satysfakcjonującą wycenę. Kilka spółek musiało obejść się smakiem, bo inwestorzy instytucjonalni nie byli nimi zainteresowani.
Fakty, nie obietnice
55 proc. Tyle wzrósł WIG-Banki w tym roku.
309 zł Tyle w 2007 r. płacono za akcje Polnordu. Dziś kurs to 8 zł.
Największym hitem poprzedniej hossy był sektor deweloperski. Dochodziło nawet do tego, że spółki decydowały się na zmianę profilu działalności, aby załapać się na tę modę. Dziś trudno się doszukiwać podobnego zjawiska, choć szaleństwo zakupów ogarnęło m.in. spółki handlujące odzieżą (LPP, CCC), a na wyścigi kupowano też akcje banków.
— O ile na początku hossy inwestorzy kupowali spółki ze znakiem jakości, tak teraz powoli się to zmienia, bo ta jakość zrobiła się już droga. Są napływy do funduszy, więc inwestorzy przestają wybrzydzać, ale wciąż liczą się fundamenty — uważa Andrzej Lis z Noble Funds TFI.
Szał zakupów? Niekoniecznie
37 Tyle było emisji z prawem poboru w 2006 r...
12 ...a tyle było ich w 2012 r.
Największy szał zakupów giełdowych ogarnął inwestorów u szczytu hossy, kiedy z zamkniętymi oczami pakowali do portfeli niemal wszystko. Spółki to wykorzystywały i przeprowadzały emisje z prawem poboru, sprzedając inwestorom obietnice, których w wielu przypadkach nie udało się zrealizować. W tym roku emisje z zachowaniem prawa poboru można policzyć na palcach jednej ręki, także dlatego, że niepewność co do sytuacji makro zniechęca przedsiębiorców do podejmowania ryzyka inwestycyjnego.
Do szczytów jeszcze daleko
Hossa trwa 4,5 roku, ale choć wyceny spółek są wysokie, to jednak wciąż daleko im do tych z 2007 r. Specjaliści z TFI podkreślają, gospodarka jest dopiero w połowie drogi do cyklicznych szczytów, stopy procentowe pozostają na rekordowo niskim poziomie, a w dodatku banki centralne wciąż drukują pieniądze, co zapewnia płynność na rynkach. I choć nie można wykluczyć po drodze korekty, to wejście w fazę konsolidacji tylko hossę wydłuży. — Z punktu widzenia sprawiedliwości rynkowej zasługujemy na co najmniej kilka kwartałów solidnej hossy, bo przez ostatnie lata męczyliśmy się z pełzającym rynkiem — uważa Marek Przybylski, prezes Aviva Investors.
Fundusze stronią od reklam
U szczytu poprzedniej hossy fundusze akcji były promowane niczym pasta do zębów, a Arkę kojarzył każdy statystyczny Kowalski. Niejednokrotnie w reklamach posiłkowano się historycznymi stopami zwrotu, wsadzając klientów na minę, bo hossa miała się ku końcowi. Dziś pytani przez „Puls Biznesu” przedstawiciele TFI zapewniają, że wyciągnęli wnioski i nie planują reklamowania funduszy. Na razie.