Właściciel małego sklepu internetowego do niedawna korzystał z tradycyjnego hostingu, za który płacił kilkaset złotych rocznie. Rozwiązanie oceniał dobrze, aż do momentu, gdy jego stronę zaczęło odwiedzać coraz więcej klientów. Ładowała się ona coraz wolniej, co denerwowało i zniechęcało niektórych kupujących. Zaczęli dawać sygnały, że jeśli nic się nie zmieni, zaczną zaopatrywać się gdzie indziej. Z problemu wybawił go dostawca IT, oferując mu za ponad 700 zł rocznie serwer wirtualny i dostęp do określonej mocy obliczeniowej w ramach abonamentu. Przedsiębiorca przetestował elastyczny hosting — usługę, która pozwala na rozliczanie się według rzeczywistego ruchu na stronie. Szybko się okazało, że koszty, które dotychczas ponosił, można zmniejszyć nawet dwukrotnie. Powód? Po prostu nigdy nie wykorzystywał mocy obliczeniowej w 100 proc.

Zasoby na żądanie
Rafał Kuśmider z firmy dhosting.pl twierdzi, że klienci zwykle nawet nie wiedzą, jakich zasobów potrzebuje ich strona www. Dlatego wybierają usługi „na wyrost” albo z niewielkimi limitami. W pierwszym przypadkupłacą za niewykorzystaną moc, w drugim — strona wyłącza się w momencie zwiększenia ruchu. Co daje elastyczny hosting? W godzinach lub dniach internetowego szczytu, choćby przed świętami lub w okresie wyprzedaży, użytkownik sam może zwiększyć parametry usługi za pośrednictwem panelu. Przykład: za wykorzystanie serwera o parametrach: 12 GHz, 32 GB RAM, 1000 GB SSD, zapłaci 1,86 zł netto za godzinę.
— To rozwiązanie dla wszystkich, którzy lubią optymalizować koszty. Za elastyczny hosting mniej zapłacą posiadacze prostych stron internetowych. Widoczne korzyści powinny dostrzec sklepy e-commerce, duże serwisy i agencje interaktywne, które potrzebują od czasu do czasu większej mocy obliczeniowej — twierdzi Rafał Kuśmider. Zamiast tzw. stacjonarnych rozwiązań zasoby na żądanie — co decyduje o popularności tego modelu IT? Czynników jest kilka. Przede wszystkim firmy uważniej niż kiedyś liczą pieniądze. Skończył się zastrzyk unijnych funduszy, który w ubiegłych latach płynął do przedsiębiorstw. Jednocześnie z prostego rachunku ekonomicznego wynika, że dzierżawa opłaca się bardziej niż posiadanie sprzętu.
— Na zakupie serwera wydatki się nie kończą. Trzeba też uwzględnić koszty eksploatacji: personelu, energii elektrycznej, chłodzenia, zapewnienia bezpieczeństwa, zapasowej łączności — wymienia Robert Mikołajski z Atmana.
Z analiz tej firmy wynika, że koszt użytkowania przez 10 lat kupionej na własność szafy serwerowej może przekroczyć nawet 5 mln zł. Za dzierżawę przedsiębiorca zapłaciłby ułamek tej kwoty. Skąd różnice? Opieka nad centrum danych wymaga wiedzy technologicznej, inżynierskiej, a także doświadczenia. Do tego dochodzą wydatki na energię i eksploatację.
— Z biegiem lat infrastruktura się zużywa, wymaga ciągłej konserwacji i napraw. Zwrot z inwestycji we własną infrastrukturę zazwyczaj leży poza horyzontem bieżącej strategii firmy — wskazuje Robert Mikołajski. Wynająć można także oprogramowanie, na co zdecydował się Kanlux. Producent oświetlenia z Radzionkowa wdrożył system mHR (zarządzenie zasobami ludzkimi) w modelu Software as a Service (SaaS), czyli aplikacje jako usługa. Przemawiały za tym oszczędności, ale też to, że dostawca, firma BPSC, dba o archiwizowanie danych.
Od teraz bez wymówek
Po SaaS sięgają korporacje, ale model ten wydaje się idealny dla małych i średnich przedsiębiorstw, których jeszcze kilka lat temu nie było stać na zaawansowane rozwiązania informatyczne. Groziło to tym, że nie będą mogły spełniać oczekiwań klientów. Wyobraźmy sobie firmę, która nie ma systemu CRM, więc nie dysponuje historią interakcji i transakcji, a przez to źle zarządza kontaktami z klientami. Czy wcześniej lub później ich nie straci?
— Konsument jest przyzwyczajony do wygody i indywidualnego traktowania. Gdy sprzedawcy z tej samej firmy dzwonią do niego kilka razy w tej samej sprawie, nie znając ustaleń z wcześniejszych rozmów, ma prawo czuć się poirytowany. Brak odpowiednich narzędzi kończy się niezadowoleniem i odpływem klientów do konkurencji — uświadamia Jan Michalski, partner w Deloitte Digital. Całkiem niedawno mniejsze firmy mogły tłumaczyć swoje niepowodzenia brakiem pieniędzy na wdrożenia. W epoce zasobów na żądanie są to już tylko wymówki.