Dobrze się zastanów, nim wejdziesz w TFI

Tomasz Publicewicz
opublikowano: 2005-06-21 00:00

Na polskim rynku działa dziś ponad 150 funduszy. Warto się dobrze zastanowić przed ulokowaniem oszczędności

w którymś z nich.

Zróżnicowana polityka inwestycyjna funduszy zmusza nas zwykle do poszukiwania odpowiedzi na pytanie, w jaki rodzaj funduszu powinniśmy zainwestować oszczędności oraz jak zrealizować nasz cel inwestycyjny przy akceptowalnym poziomie ryzyka.

Odpowiedź na te pytania jest bardzo istotnym, jeśli nie kluczowym aspektem dokonywanych inwestycji. Budowa portfela dopasowanego do naszych potrzeb, wymagań i naszego charakteru leży bowiem u podstaw tego, czy zrealizujemy swoje zamierzenia, czy też nie.

Zabezpiecz zyski

Ktoś kiedyś powiedział, że „dywersyfikacja jest zabezpieczeniem przed ignorancją”. I coś w tym jest, bo przemyślana i dobrze przeprowadzona dywersyfikacja nie wpłynie na istotny spadek naszego zysku, a na pewno zabezpieczy nas przed niektórymi rodzajami ryzyka.

Jednak — niezależnie od tego, czy chcemy dywersyfikować swój portfel, czy też stawiamy wszystko na jedną kartę — musimy dokonać wyboru odpowiednich instrumentów. Wyniki, jakie mogą osiągać poszczególne fundusze inwestujące w określone rodzaje instrumentów, mogą się bowiem od siebie znacznie różnić.

Spójrzmy np. na majowe osiągnięcia funduszy polskich papierów dłużnych, inwestujących w obligacje i instrumenty rynku pieniężnego denominowane w złotych. Otóż okazuje się, że nawet w ramach tak wąsko zdefiniowanej grupy możemy znaleźć fundusz, który w maju osiągnął zyski na poziomie +2,2 proc. i taki, którego zwrot zaledwie przekroczył 0,3 proc. To aż siedmiokrotna różnica! Gdy popatrzymy na rezultaty pierwszych pięciu miesięcy to okaże się, że rozpiętość się zmniejsza (min. to 2,4 proc., a maks. 5,5 proc.), jednak w dalszym ciągu pozostaje na tyle istotna, aby zajmować się zagadnieniem efektywnego wyboru funduszy.

Nie idź ślepo za modą

Często analizując wybory inwestorów, natykamy się na podejście oparte na zachowaniach zbiorowych. Najłatwiej zaakceptować nam wybór, którego przed nami dokonali już inni i dlatego naszym decyzjom towarzyszy często instynkt stadny. Często też poddajemy się okresowym modom. W Polsce mamy dodatkowo do czynienia z sytuacją, w której największy wpływ na ostateczną decyzję inwestora ma jego dystrybutor.

Przekłada się to na dziwne sytuacje — przychodzimy do dystrybutora z pierwotnie dokonanym wyborem i wychodzimy od niego z całkowicie innym instrumentem w portfelu.

Ta druga sytuacja ma podłoże psychologiczne, więc zostawmy ja na inną okazję i skupmy się na tym, jakie narzędzia pomogą nam dokonać pierwotnego wyboru i pozwolą go okresowo weryfikować.

Miara oczekiwań

W polskich warunkach najbardziej powszechną i najczęściej wykorzystywaną metodą jest posługiwanie się okresową stopą zwrotu. Jest to miara określająca procentową zmianę wartości jednostki uczestnictwa (w przypadku funduszy otwartych i specjalistycznych otwartych) lub certyfikatu inwestycyjnego (w funduszach zamkniętych) w określonym przedziale czasu (miesiąc, rok, itp.). Dla funduszy zbywających jednostki oblicza się ją jako iloraz różnicy pomiędzy wartością jednostki na końcu i na początku interesującego nas okresu przez wartość jednostki na początku nas okresu.

Tak obliczona stopa zwrotu uwzględnia koszty obciążające aktywa funduszu (wynagrodzenie TFI za zarządzanie funduszem), które zawarte są w wycenie jednostki, nie bierze natomiast pod uwagę innych ponoszonych przez nas kosztów, związanych z uczestnictwem w funduszu (głównie opłat manipulacyjnych oraz ewentualnych opłat za otwarcie rejestru) oraz podatku od dochodów kapitałowych. Ten sposób oceny, przy dość istotnych wadach, ma dwie zalety decydujące o jego popularności. Pierwsza z nich to prosta i zrozumiała konstrukcja, druga zaś to powszechność danych — stopy zwrotu funduszy w różnych horyzontach są powszechnie dostępne, choćby w internecie.

Zdarzenia jednorazowe

Wskazując na wady takiego podejścia, warto wrócić uwagę na znaczny wpływ na ostateczną decyzję pewnych jednorazowych zdarzeń, które nie mają szans zaistnieć w przyszłości. Dość dobrze ilustruje to mechanizm dopłaty, wprowadzony dla funduszy emerytalnych. PTE, którego fundusz nie osiągnął minimalnej wymaganej stopy zwrotu, musi pokryć powstałą różnicę, wypłacając uczestnikom dodatkowe środki. Z uwagi na fakt, iż dopłata jest rezultatem słabszych wyników w długim okresie czasu, jej uwzględnienie przy stopach zwrotu dla krótszych okresów (np. miesiąca) może prowadzić do błędnych decyzji.

Kolejna, nie mniej istotna wada to brak informacji na temat tego czy wynik został wypracowany proporcjonalnie do upływu czasu czy też może na początku lub na końcu okresu. Informacja ta nie ma znaczenia dla zasobności portfela tych, którzy jednorazowo inwestują określoną kwotę.

Ich zysk na koniec okresu będzie zawsze taki sam, choć nerwowość w sytuacji, gdy na zysk trzeba czekać 9 miesięcy, może być znaczna. W zdecydowanie gorszej sytuacji znajdzie się osoba inwestująca systematycznie, np. poprzez comiesięczne stałe wpłaty. Dla ostatecznej zasobności jej portfela to, czy wynik funduszu został wypracowany systematycznie, czy na początku okresu, ma kluczowe znaczenie. W pierwszym przypadku zyski będą największe, w drugiej skrajnej sytuacji ich poziom będzie minimalny — wręcz symboliczny, bo zapracuje na nie tylko pierwsza wpłata — pozostałe przyniosą zerowy zysk.

Szkodliwy brak informacji

Następna wada okresowej stopy zwrotu to brak bezpośredniej informacji o tym, ile w tym czasie można było zarobić, inwestując w inne instrumenty o zbliżonym profilu ryzyka i ewentualnie o tym, ile zysku mogły przynieść instrumenty o bardzo niskim ryzyku, jak np. bony skarbowe.

Wiedza o zyskach, jakie przynosił pewien modelowy portfel, a także informacja o rezultatach z alternatywnych inwestycji o zbliżonym lub niższym ryzyku pozwala uzyskać pełniejszą wiedzę na temat tego, czy wyniki poszczególnych funduszy są adekwatne do realiów rynkowych, w jakich przyszło im działać.

Nikt nie mówi o ryzyku

Ostatnim z problemów wiążących się z okresową stopa zwrotu jest brak jakiejkolwiek informacji o ryzyku związanym z inwestycją w dany fundusz. Na to ryzyko możemy spojrzeć z dwojakiego punktu widzenia. Bardziej naukowe podejście, bazujące na dość skomplikowanym aparacie matematyczno-statystycznym, pokazuje, czy zysk wypracowywany przez fundusz jest adekwatny do ryzyka, na jakie wystawia nasze oszczędności zarządzający. Zawsze przy zbliżonym zysku powinniśmy wybierać fundusz o niższym ryzyku, a z dwóch możliwości o zbliżonym ryzyku wybrać tę, która przynosi wyższy dochód. Posługiwanie się okresową stopą zwrotu nie pozwala jednak dokonać efektywnego wyboru w żadnym z obu przypadków.

Ludzka strona straty

Możemy popatrzeć na aspekt ryzyka również z bardziej „ludzkiej” strony. Aby ocenić jego poziom wystarczy bowiem sięgnąć do rezultatów najgorszego okresu w dowolnie zdefiniowanym przez nas horyzoncie czasowym. Może to być np. najgorszy miesiąc w ciągu ostatniego roku.

Dzięki takiemu podejściu sami będziemy mogli zweryfikować popularne hasło reklamowe „Obligacje skarbu państwa to zysk bez ryzyka”. Jeżeli popatrzymy na miesięczne rezultaty funduszy polskich papierów dłużnych z okresu ostatnich 12 miesięcy, to okaże się, że wiele z nich w swoim najgorszym miesiącu przyniosło straty przekraczające 0,3 proc.

To wystarczy, aby zrozumieć, że nawet obligacja skarbu państwa, o ile jest notowana na rynku, na którym żądzą podaż i popyt, nie zawsze przynosi zyski. To również wystarczy, aby nie nadużywać słowa „bezpieczny” w odniesieniu do funduszy papierów dłużnych.

Gdyby wszyscy ci, którzy rozgoryczeni stratami, jakie ponieśli na swoich inwestycjach, wycofywali środki z funduszy w drugiej połowie 2003 r., mogli spojrzeć na tak prosty parametr, udałoby się uniknąć wielu nieporozumień i niejasności. Wiedza o tak rozumianym aspekcie ryzyka pozwoliłaby również znacznie bardziej świadomie podchodzić do rozmowy z dystrybutorem, która w przeważającej większości przypadków ma decydujący wpływ na ostateczny wybór klienta.

Tomasz Publicewicz, Analizy Online