Robert Kubica niejedno ma imię. Taki Paweł Szkopek. Na dwóch kółkach jest bardzo szybki. Czy, wzorem Polaka w F1, też docenią go sponsorzy?
Kwietniowy poranek na południu Hiszpanii. Żadnych ptaszków ani landszaftów. Na torze Cartagena ścigają się motocykliści. Trwa trening kwalifikacyjny przed pierwszą rundą motocyklowego pucharu Europy. Wyróżnia się zawodnik w charakterystycznym biało-czerwonym kombinezonie. Kręci coraz lepsze czasy, jest jednym z faworytów. Na prostym odcinku toru rozpędza się do ponad 200 km/godz.
— Przewróciłem się. Motocykl koziołkował przez 300 metrów, przelatując nad bandą z opon. Cóż, niestety takie rzeczy się zdarzają — opowiada, w miarę spokojnie, Paweł Szkopek.
To człowiek, który w wyścigach motocyklowych uważany jest za drugiego Roberta Kubicę. Szybki, z ambicjami, talent. Choć jeździ na dwóch kółkach i nie dorównuje gwieździe F1 w popularności. Jednak konsekwentnie pnie się na szczyt. A ten pełen jest gwiazd typu Valentino Rossi. Paweł Szkopek nie jest tam już zupełnym nowicjuszem.
— W tym sezonie kilka razy wystąpiłem w wyścigach mistrzostw świata motocykli fabrycznych. Właśnie wróciłem z Anglii, gdzie byłem w czubie w kwalifikacjach. Niestety, w wyścigu zaliczyłem "dzwona" — przyznaje Paweł Szkopek.
I znów ze stoickim spokojem wylicza, że to jego 131. upadek na torze. Dużo. Cud, że żyje.
— Wywrotki i szlifowanie motocykla są w tym sporcie powszednie — mówi Szkopek.
Na Cartagenie przydzwonił przyzwoicie.
— Koziołkowałem tak długo, że miałem czas pomyśleć, że to już po mnie, że mnie połamie: kręgosłup, ręce, wszystko. Waliło strasznie. Na koniec uderzyłem w bandę. Podniosłem się i jedyne co mnie zdziwiło, to fakt, że nie mogłem znaleźć motoru. Ale ten już wyskoczył poza tor — wspomina.
Spadając z konia
Zastrzega, że nie jest szaleńcem. Na dwóch kółkach nie leczy swoich kompleksów i przed niczym nie ucieka. Nie ten rys psychologiczny. Nie wykręca 250 na liczniku, przecinając powiatowe miasteczka.
— Na co dzień jeżdżę samochodem albo skuterem, takim mocniejszym, ale wyciągającym ledwie trochę ponad setkę — przyznaje.
A jeśli osobówka, to BMW, co jest kolejnym, po miłości do włoskiej kuchni, podobieństwem łączącym go z Robertem Kubicą. A popularność wszelkich ścigaczy, tych z serii "dwie sekundy do setki", cieszy Pawła Szkopka. O ile żyłują je zawodnicy na torze. Motor jest trochę jak koń. Gdy jeździec nerwowy i usztywniony, zaczynają się zgrzyty. Tu kontuzje zszywa się metalem i śrubami. Paweł Szkopek wskoczył w tegoroczne mistrzostwa świata do teamu fabrycznego Triumpha w miejsce Garrego McCoya. Australijczyk na torze w Brnie miał potężną kraksę, w której roztrzaskał sobie m.in. miednicę i kilka innych kości. Nieszczęście McCoya stało się szansą dla Polaka.
"Mniej więcej dwie godziny temu dostałem informację, że mogę wystartować w MŚ World Supersport w fabrycznym zespole Triumpha — SC Triumph. Warunkiem jednak przyjazdu zespołu na tor w Brands Hatch jest przyniesienie do zespołu 10 tys. euro, co jest absolutnie rewelacyjną ceną za występ w takim zespole" — pisał wtedy Paweł Szkopek na internetowym forum serwisu Motorsports.pl.
Blondyneczki, blichtr
Dla zawodnika w środku sezonu, który jeździ po całym świecie, takie sumy są szokiem w napiętym budżecie. Przecież co roku musi wydać kilkaset tysięcy złotych, choćby na nowe motory i kolejne setki tysięcy na ludzi, transport i treningi. Czy jednak nie powinno być na odwrót, że zawodnikowi płacą za występ?
— To biznes. Wycofanie się McCoya spowodowało wycofanie się jego sponsora, więc musiałem pokryć część kosztów. Zresztą dzięki dobrym wynikom, stawki dla mnie są o wiele niższe niż kiedyś — tłumaczy motocyklista.
Ale i tak wysokie.
"Bardzo serdecznie proszę, wszystkie życzliwe mi osoby o pomoc w kontakcie z kimkolwiek, kto mógłby mi pomóc w wykorzystaniu tej szansy. Może popada deszcz i wtedy kto wie? Triumph to angielska marka, więc gdyby udało się wypaść najlepiej z jeźdźców motocykli tej marki, może otworzyłoby to drogę dla mnie do MŚ" — prosił na forum Paweł Szkopek.
Akurat był wtedy w Szwecji, walczył o zdobycie Pucharu Europy. Udało się podwójnie, wygrał jak i zdobył fundusze na start w MŚ. A tam przyszło 100 tys. widzów, był blichtr, reklamy i blondynki w kusych spódniczkach. To dla Szkopka ozdoba najlepszego sezonu. Oprócz Pucharu Europy, ma pewny kolejny tytuł mistrza Polski, no i debiut w teamie Triumpha podczas rundy mistrzostw świata Superbike. I jak zaznacza, to nie głównie sprzęt, pieniądze czy fart. To doświadczenie i zmiana podejścia do treningów. Czas: 2005 r., sezon jazdy w mistrzostwach świata, ale w niższej klasie World Supersport. Rozwiązanie: czeskie podejście do sprawy.
— Szefowie czeskiego zespołu Inter Moto, w którego barwach wtedy startowałem, chwalili mnie za charakter. Jesteś waleczny, uparty, zawzięty — mówili. Ale za często upadasz. Myślimy więc, że masz jedną wadę. Nie umiesz jeździć — opowiada Paweł Szkopek.
Kubeł zimnej wody. Zaczął podglądać najlepszych. Skończył z bezmyślnym wyrabianiem kółek treningowych. Każde miało być szybsze. W następnym sezonie przesiadł się na Yamahę R1. Wygrywał wszystko i rzadko wycierał się po asfalcie.
Hodujcie króliki
Poznał bliżej faceta z numerem 46 na kasku. To był "Dottore" Valentino Rossi, król klasy MotoGP, gdzie są największe pieniądze.
— Jest szybki — zaczęto mówić o "Szkopasie" w padoku.
Dostał propozycję od zespołu Kenny’ego Robertsa juniora, występującego w MotoGP. Byli pod wrażeniem postępów, jakie zrobił Paweł Szkopek. Tyle że złożyli nierealną ofertę.
— Mamy budżet 30 mln euro, jeśli dorzucisz do tego 5 mln, to zapraszamy — miał wyłożyć Kenny Roberts.
Gdyby to była Japonia, Niemcy, Stany Zjednoczone, Australia czy Włochy, zaraz znalazłby się jakiś sponsor. W Polsce model wygląda inaczej, co pokazuje droga na sportowy szczyt Kubicy czy Radwańskiej. W skrócie: poradź sobie sam, my się podczepimy. Recepta: rodzice.
— Mieszkamy pod Płockiem. Ojciec prowadzi tam od lat 80. firmę transportową, która sobie świetnie radzi. Ja też mam podobne przedsiębiorstwo, pięć tirów. Na dodatek otwieram teraz bar Subway w Płocku — wykłada Paweł Szkopek.
Kiedy on jeździ z motorem po świecie, rodzice i żona dbają o biznes. Czasem sam pojedzie ciężarówką w trasę, bo to lubi. Część zysków inwestuje w ukochane motory i własny team, w którym jeździ także brat Pawła Szkopka. Jego synowie, choć mają ledwie po 3-4 lata, już jeżdżą na rowerach bez bocznych kółek. Starszy ma nawet swojego quada. A teść nieprzypadkowo hoduje króliki.
— Gdy skończyłem 6 lat, dostałem motorynkę. Pierwsza jazda skończyła się zderzeniem z klatką pełną królików — wspomina Paweł Szkopek.
Teraz szlifuje formę i szuka milionów, by na stałe zagościć w motocyklowej elicie. Jeździć tam, gdzie przed startem, kręcą się z parasolkami króliczki. "Playboya". n
Pony i powiew we włosach
Pierwszy pojazd tych, którzy dziś rozbijają się poważnymi ścigaczami? Romet Pony. Dla wielu amatorów jazdy synonim niezapomnianych 40 kg szczęścia. Motorower, produkowany w latach 1978-94, wyposażony był w dwusuwowy silnik, dostarczany przez Zakłady Metalowe Dezamet w Nowej Dębie. Pojazd rozwijał prędkość do ok. 45 km/godz. Był oszczędny, spalał 2,2 l mieszanki (benzyna i olej) na 100 km. Cechowała go prostota budowy i obsługi. Na wyposażeniu motorynek nie znalazł się prędkościomierz ani elektryczny sygnał dźwiękowy, był za to dzwonek rowerowy i światła. Produkcję Rometu Pony zakończono, bo producent zbankrutował. Pojedyncze sztuki wciąż dostępne są na aukcjach internetowych, za kilkaset złotych.
Jedyneczka lata
Pieszczotliwie zwana "jedyneczką". Gdy w 1998 r. na rynku pojawiła się Yamaha R1, z miejsca skosiła konkurencję. Yamaha, mimo niewielkich rozmiarów, miała silnik o piekielnej mocy 150 KM i ważyła 177 kg. Stąd też stała się czołowym motorem sportowym, nie tylko dla Pawła Szkopka. Tegoroczny model ma 180 KM, do setki rozpędza się w 3,1 sekundy.
Od motorynki do mistrzostw Polski
600
zł Za tyle można kupić motorynkę Romet Pony w niezłym stanie.
6,5
s Tyle czasu potrzebuje motor Pawła Szkopka, aby osiągnąć 200 km na godz.
7
Tyle razy Paweł Szkopek był mistrzem Polski w różnych klasach wyścigów motocyklowych.
Pędzący Dottore
Tylko trzech kierowców w 56-letniej historii Grand Prix stawało na podium częściej niż Valentino Rossi. Tyle że żaden z nich już nie jeździ, a 29-letni Dottore ma przed sobą co najmniej parę lat ścigania. Przez pięć lat z rzędu dzielił i rządził w klasie MotoGP. Przez ostatnie dwa lata musiał zadowolić się 2. i 3. miejscem w klasyfikacji generalnej. Jeździ na Yamasze, a jego głównym sponsorem pozostaje Fiat. Uchodzi za wielki talent, ale jest też wspaniałym showmanem. Kolczyk w lewym uchu i szelmowski uśmiech, widząc tę buźkę, fanki mdleją grupowo. W tym sezonie Rossi znów jeździ znakomicie i pewnie zmierza po tytuł mistrza świata w najbardziej prestiżowej klasie. Tu wygrał w sumie 68 wyścigów.
Karol Jedliński
