Drenaż jądrowych mózgów

Karol Kopańko
opublikowano: 2015-03-31 10:18

Będziemy mieli elektrownię atomową – gdzieś pod koniec trzeciej dekady XXI wieku. Obecnie szkolimy specjalistów, ale za kilka lat może ich być za dużo do obsługi ubogiej, polskiej infrastruktury. Polsce brak skoordynowanego programu, który mógłby zapobiec drenażowi mózgów.

Polski, edukacyjny program jądrowy swoją historią sięga końca lat 50. W 1959 roku na Wydziale Mechanicznym Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej rozpoczęto kształcenie w kierunku energetyki jądrowej, a jego rozkwit nastąpił na początku lat 80, kiedy nad Jeziorem Żarnowieckim rozpoczęto budowę elektrowni jądrowej.

Później, ze względu na sytuację gospodarczą, katastrofę w Czarnobylu i przemiany ustrojowe projekt został zarzucony, a wróciliśmy do niego dopiero w ostatnich latach. W 2009 roku rząd przyjął Program Polskiej Energetyki Jądrowej, który ponownie zatwierdzony został 5 lat później. Przewidywał on, że do końca 2024 roku powstanie na naszym terenie pierwsza elektronie atomowa o mocy ok. 3000 MW, której koszt ma wynieść miedzy 40 a 50 mld PLN.

- Zabieramy się niestety do tego bardzo wolno i patrząc na obecne stadium przygotowań myślałbym raczej o horyzoncie 15-letnim – komentował Adam Czyżewski, główny ekonomista w PKN  ORLEN podczas panelu dyskusyjnego w SGH.

Choć krytyce poddawane jest zerwanie przez PGE kontraktu z australijską firmą WorleyParson, która prowadziła badania środowiskowe i lokalizacyjne dla elektrowni to pewnym jest, że prąd z energii rozszczepiania jąder ciężkich pierwiastków w końcu z Polski popłynie. A abyśmy nie musieli ściągać do siebie zachodnich specjalistów należy wykształcić sobie własnych.

Żacy w Europie

Jak reaktywowano pomysł budowy elektrowni, tak i powrócono do szkolenia kadr. Pierwsi studenci na kursach magisterskich specjalność energetyka jądrowa przyjęci zostali w 2006 roku, a ich kształcenie przebiegało we współpracy z Królewskim Instytutem Technologicznym KTH ze Sztokholmu. Od 2009 roku funkcjonowały w pełni rozwinięte 4-semestralne specjalistyczne studia magisterskie, a w 2013 roku studia przekształcono je w anglojęzyczne i dwuletnie Nuclear Power Engineering, które jeszcze szerzej korzystają ze współpracy międzynarodowej.

- Zwykle 2-4 wykładów semestralnie prowadzonych jest przez wykładowców zagranicznych z uczelni w Szwecji, USA i Francji lub przez firmy dostarczające technologię, np. EdF, AREVA, największych producentów reaktorów – mówi Konrad Świrski, pełnomocnik ds. energetyki jądrowej PW, który podkreśla, że przekazywana wiedza jest na tyle specjalistyczna, że tylko język angielski wchodzi w niej w grę.

W 2015 roku na specjalność zapisało się już 30 studentów Politechniki Warszawskiej. Jednym z obecnych magistrantów jest Daria Niewiadomska, która po kilku warsztatach w towarzystwie Reaktora Maria w Narodowym Centrum Badań Jądrowych w Otwocku-Świerku zainteresowała się studiami na Politechnice.

Nie mamy młodych specjalistów

Niewiadomska podkreśla, że w porównaniu do energetyki konwencjonalnej studia są o wiele trudniejsze, bo i materiału jest więcej, ale dają satysfakcję z przebywania w nielicznej, elitarnej grupie, bo jak czytamy na stronie Politechniki: „Wobec praktycznie braku specjalistów młodego i średniego pokolenia, kraj potrzebuje intensywnej edukacji w tej dziedzinie.”

- Zdobywamy wiedzę i teoretyczną i praktyczną, przygotowujemy projekty obliczeniowe pod opieką doktorantów, korzystamy z komercyjnych programów do symulacji zachowania reaktorów. To wszystko przygotowuje nas do późniejszej pracy w przemyśle, gdzie korzysta się z tych samych programów – mówi Niewiadomska, która za sobą ma już 9-miesięczny staż, właśnie przy reaktorze Maria.

Ostatni, IV semestr magisterki to już praca zawodowa przy prawdziwym reaktorze lub w renomowanych instytucjach badawczych związanych z energetyka jądrowa.

- Najczęściej wysyłamy studentów za granicę. W ten sposób powstało już kilkanaście dyplomów, z ogólnej liczby 70 absolwentów – mówi Świrski, który podkreśla, że podobnie przebiega kształcenie bardziej zaawansowanej kadry.

Studia Innovative Nuclear and Sustainable Power Engineering dla 35 doktorantów przebiegają we współpracy z Politechniką Gdańską, NCBJ i AGH z Polski, University of Oregon z USA i I2EN (organizacja skupiająca wszystkie francuskie uczelnie ze specjalizacją energetyka jądrowa i producentów) z Francji.

- Wielu moich znajomych jest obecnie na stażu we Francji, przy tamtejszy reaktorach. Niektórzy zajmują się obliczeniami związanymi z całą elektrownią, nie tylko częścią jądrową – podkreśla Niewiadomska.

Słownie: jeden

- Ministerstwo Gospodarki organizowało 3 tury szkoleń we Francji dla ok. 40 przedstawicieli różnych polskich uczelni wyższych i instytutów naukowych, którzy zajmują się edukacją studentów (tzw. szkolenia edukatorów). Obecnie MNiSW organizuje przetarg na wybór ośrodka szkoleniowego za granicą, który przeprowadzi szkolenia dla ok. 120 przedstawicieli polskiej nauki - mówi Adam Kordas Naczelnik w Departamencie Energii Jądrowej Ministerstwa Gospodarki.

Dlaczego u siebie możemy szkolić kadry tylko przez 3 semestry studiów, a później musimy je wysyłać za granicę? Odpowiedzią jest brak odpowiedniej infrastruktury. Najlepszym dla Polski wyjściem byłoby zatrudnianie wszystkich wyszkolonych energetyków jądrowych w krajowych firmach i instytutach badawczych. Niestety mamy tylko jeden reaktor.

- Reaktor w Świerku to reaktor badawczy. Wygląda i działa nieco inaczej niż reaktor komercyjny (sama konstrukcja), obsługuje się go w inny sposób. Jest doskonałym poligonem doświadczalnym, wystarcza przy okazji laboratoriów i badań w zakresie fizyki jądrowej , ale aby zdobyć doświadczenie, przydatne dla obsługi komercyjnych elektrowni,  trzeba też pracować lub zdobyć doświadczenie w większych placówkach – zauważa Świrski.

Innym problemem może być paradoksalnie masowość kształcenia. Jak czytamy na stronie Ministerstwa Gospodarki, już 11 uczelni wy4ższych kształci w dziedzinie energetyki jądrowej, a uruchomienie swoich kursów planuje kolejne 5.

- Jak jeszcze kilka lat temu brakowało ludzi, tak w przyszłości może być ich za dużo. Brakuje spójnych wytycznych dotyczących zapotrzebowania na absolwentów. Ministerstwo miało przygotować program, ale jeszcze go nie ma – mówi Świrski.

- Należy zauważyć, że zgodnie z polskim prawem uczelnie wyższe posiadają autonomię i nie jest możliwe wymuszenie takiego uspójnienia. W 2016 r. planowane jest zorganizowanie przy udziale Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej krajowego warsztatu w zakresie programów nauczania. – kontrargumentuje Kordas, który przyznaje, że zakres polskiego programu jądrowego nie uzasadnia istnienia kierunków jądrowych na tak wielu uczelniach.

Drenaż mózgów?

Studenci i doktoranci jeżdżą na projekty i szkolenia unijne za granicę, ale mają nadzieję, że dane im będzie rozwijanie energetyki na miejscu, w ojczyźnie.

- Liczę, że projekt jądrowy w Polsce trochę przyspieszy i będzie można szukać pracy na miejscu. Nie mogę wykluczyć, że przez wzgląd na lepsze zarobki i większe możliwości jeśli chodzi o różnorodność stanowisk, a także dostępność do realnych elektrowni jądrowych, zacznę pracę zagranicą – mówi Niewiadomska.

- Kształcimy wyspecjalizowaną kadrę i mamy już dość dobry program nauczania, co opieram o opinie studentów mogących też studiować we Francji, ale program kształcenia jest bardzo kosztowny, bo szlifujemy przyszłe diamenty. Musimy utrzymywać wykładowców, laboratoria do pomiarów radiologicznych i tworzyć wyspecjalizowany program – mówi Świrski.

Amerykańskie uniwersytety czesne liczą sobie w dziesiątkach tys. USD za rok. Na Uniwersytecie Michigan trzeba zapłacić 22 868 USD, a na sławnym MIT prawie dwa razy tyle. W Polsce edukację sponsoruje państwo.

- Możemy mieć do czynienia z masowym kształceniem, ale nie masowym zatrudnieniem. Nawet przy elektrowni będą pracowały nie tysiące, a ok. setka specjalistów. Brakuje nam odbiorców kadr, które tak jak w latach 70 mogą odpłynąć za granicę – podsumowuje Świrski.