W weekend odbyły się wybory parlamentarne w Niemczech, które wygrali socjaldemokraci z partii SPD. Najważniejszym wydarzeniem był słaby – najsłabszy od 1949 r. – wynik chadeckiej koalicji CDU/CSU oraz symboliczny koniec kadencji Angeli Merkel, która sprawowała urząd kanclerza od 2005 r. (faktyczny koniec nastąpi w momencie sformowania nowego rządu). Niemcy nie są krajem, gdzie zmiana rządu mogłaby wywołać bardzo głębokie zmiany w kierunkach polityki gospodarczej, ale mimo to koniec ery Merkel i prawdopodobnie powrót socjaldemokratów do władzy są zapewne najważniejszym wydarzeniem politycznym Europy tego roku. I zasługują na uwagę.
Ciekawe i szerokie podsumowanie polityczno-gospodarcze wyborów zamieścił Ośrodek Studiów Wschodnich (rządowy think-tank, cechujący się wysoką jakością analiz). Wszystkich zainteresowanych odsyłam do tego raportu. Najważniejszy wniosek jest taki, że w niemal wszystkich kluczowych kwestiach między potencjalnymi koalicjantami (mówi się najczęściej o koalicji SDP-Zieloni-Liberałowie) istnieją głębokie podziały, więc niemiecka polityka będzie znów – jak zwykle – wykuwała się w szerokich konsensach. Z punktu widzenia Polski istotne są jednak dwie zmiany, które możemy interpretować bardziej w charakterze ryzyka niż szansy. Po pierwsze, nowa koalicja będzie zmierzała do zacieśnienia integracji europejskiej, co może oznaczać, że kraje dążące raczej do poluzowania więzów między krajami UE będą poddawane coraz większej presji i będą miały problemy z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości. Po drugie, nowa koalicja może sprzyjać dalszemu zaostrzaniu celów klimatycznych, co dla krajów opartych na węglu będzie dodatkowym bólem. Dla nas to wszystko oznacza wiatr w oczy.
Ja z perspektywy czysto makroekonomicznej chciałbym zwrócić uwagę na dwa duże trendy, które rozwinęły się w czasie ery Angeli Merkel i których przyszłość zdeterminuje relacje między Niemcami i innymi krajami. Oba trendy i procesy demonstrują rosnącą siłę polityczną Niemiec, można wręcz powiedzieć, że hegemonię tego kraju w Europie. W obu przypadkach widać dużą nierównowagę między Niemcami a innymi krajami strefy euro.

Po pierwsze, niemieckie PKB w przeliczeniu na głowę mieszkańca rosło znacznie szybciej niż innych krajów strefy euro, a szczególnie Francji. To stworzyło niewidzianą od dawna różnicę w potencjałach ekonomicznych. Jeszcze na początku rządów Merkel dochód na głowę w obu krajach był mniej więcej podobny, dziś Niemcy mają niemal 20-procentową przewagę. To przekłada się na wiele innych obszarów: standard życia, jakość infrastruktury, zdolności fiskalne wpływania na otoczenie gospodarcze itd.
Po drugie, Niemcy stworzyły potężną, wręcz niezdrową dla światowej gospodarki nadwyżkę na rachunku obrotów bieżących, czyli głównie w handlu towarami. Kraj ten dynamicznie zwiększa eksport, a jednocześnie generuje tylko umiarkowany popyt na towary produkowane w innych krajach. To wielokrotnie tworzyło napięcia w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi oraz z krajami strefy euro.
Złagodzenie tej nierównowagi jest nieuniknione, ale będzie bardzo trudne. Francja i inne kraje strefy euro muszą zacząć się szybciej rozwijać, a w innym wypadku będą domagać się od Niemiec dużo większej redystrybucji fiskalnej (tak jak w ramach krajów bogatsi dzielą się z biedniejszymi). Jednocześnie Niemcy muszą zwiększyć popyt na towary z innych krajów, bo inaczej świat, w tym głównie USA, będą starać się podgryzać przewagi eksportowe Niemiec – zaczął to Donald Trump, a Joe Biden nie będzie pewnie drastycznie w tym inny. Te sprzeczności i wyzwania zdefiniują nową erę niemieckiej polityki w obszarze gospodarki.
