Ponieważ zarówno liczba amerykańskich "byków", jak i poziom SP 500 dotarły dokładnie do szczytów z kwietnia, próba porównania obecnej korekty z jej wiosennym odpowiednikiem wydaje się naturalna.
Trzeba przyznać, że powtórzenie się tak głębokiej i długiej korekty, z jaką mieliśmy do czynienia w maju i czerwcu, zniweczyłoby oczekiwania na rajd Świętego Mikołaja i na efekt stycznia. Rok kończylibyśmy na poziomie niższym o 10 proc. od obecnego, a styczeń nie poprawiłby wcale tej statystyki. Ponieważ jednak byłby to historyczny ewenement, nie bierzemy pod uwagę tak negatywnego scenariusza.
Podobnie jak pół roku wcześniej, podstawą do korekty zdają się być problemy zadłużeniowe i deficytowe państw europejskich (Irlandia teraz, Grecja na wiosnę) oraz wysiłki władz chińskich w celu schłodzenia rozgrzanej gospodarki Państwa Środka. Szczególne wrażenie robią silne spadki na giełdzie w Szanghaju z ostatnich dwóch tygodni, które niebezpiecznie przypominają kwietniową przecenę, również związaną z ogłoszeniem zastopowania akcji kredytowej przez chińskie banki.
Występują też jednak pewne różnice. Po pierwsze, przy widocznej od kilku sesji słabości naszego rynku giełda niemiecka zdaje się wcale nie przejmować widmem kolejnego bankructwa w wielkiej europejskiej rodzinie. Również zachowanie się inwestorów na rynku obligacji świadczy o tym, że czasy ucieczki w płynność i bezpieczeństwo, czyli kupowanie obligacji rządowych USA i Niemiec w momentach kryzysowych, możemy mieć już za sobą.
Obecna korekta powinna zakończyć się w ciągu najbliższych dwóch tygodni na poziomach zbliżonych lub niewiele niższych od obecnych. Natomiast kształt tej korekty może być różny dla różnych części świata, podobnie jak w czasie sierpniowych spadków, kiedy np. Indie wcale nie odczuły grozy sytuacji, podczas gdy Amerykanie rysowali na swoich wykresach przerażające formacje.