Dziwny jest ten nasz rynek. Zostali zawodowcy, pasjonaci i uzależnieni. Nikt przy zdrowych zmysłach nie powierzy kapitału spółce publicznej znając statystykę stóp zwrotu i kilka precedensów planowanych upadłości. Rynek instrumentów pochodnych na waluty jest martwy i taki pozostanie, dopóki handel nie zostanie zwolniony z podatku.
Nadzór KPWiG już od dawna jest fikcją, mimo, że prawo jest zupełnie niezłe. Od czasu do czasu jakaś sprawa jest nagłaśniana „pod publikę”, po czym emocje upadają i wszystko rozchodzi się po kościach. Wiadomo, że jak ktoś sobie nie radzi, zaczyna żądać zmiany prawa, o obrocie publicznym, o NBP itd. Ta niewątpliwie jest potrzebna, ale w bardzo ograniczonym zakresie, zwłaszcza że instytucje przewidziane w dotychczasowych regulacjach pozostają martwe. Za to w majestacie Temidy wolno okradać spółki z ich aktywów. O drobnych inwestorów się nikt nie martwi, bo po co. Inwestor strategiczny może robić co mu się tylko podoba. Bodaj ostatnim światełkiem w tunelu jest propozycja ustanowienia ładu korporacyjnego (Corporate Governance), miejmy nadzieję, że nie podzieli ona losów poprzednich „ulepszeń”. Im więcej osób włączy się w jej tworzenie, ty będzie ona skuteczniejsza.
Nie tylko instytucje nadzorujące są winne zaistniałej sytuacji. Bardzo dokuczliwa jest pasywność inwestorów instytucjonalnych, która inżynierię kapitałową na GPW ogranicza do egzotycznej wersji rodem z Karaibów w wydaniu BRE Banku.
To skutek przywiązania szefów instytucji do swoich stanowisk i systemu premiującego zasadę, żeby się nie wychylać. Rodzi to inny absurd, przejawiający się stadnym zachowaniem przejawiającym się w panicznym unikaniu spółek o niskiej kapitalizacji, nawet dobrych, kosztem nie zawsze najtańszych i najlepiej zarządzanych spółek. Zupełnie tak, jakby złotówka w tych firmach była warta mniej niż w większych. W ten sposób działa dodatnie sprzężenie zwrotne, spółki mało płynne stają się jeszcze mniej płynne i tańsze, drogie i płynne, coraz droższe i niestety przewartościowane.
Nie są bez winy zarządy, którym obce są takie pojęcia jak kryterium płynności, „free float”, wartość dodana dla akcjonariuszy. Większość nie bardzo wie, po co na giełdzie się znalazła. Dobrze obrazuje to odpowiedź prezesa firmy z bardzo długim giełdowym stażem, która w ubiegłym tygodniu zaprezentowała swoją strategię. Notabene jej kurs doświadczył ostatnio bardzo dramatycznej przeceny, ale prezes specjalnie się tym nie przejął. Na pytanie, czy ma własne akcje, powiedział, że śladowe ilości, a innym radził kupować, bo w firmie „nic złego się nie dzieje”. Nie bardzo też potrafił powiedzieć ile właściwie warta jest ta jego firma.
Koncentracja obrotów na kilku walorach to klasyczna ucieczka w jakość. Reszta rynku tkwi w zapomnieniu. Jeżeli nic się nie zmieni, już niedługo będziemy handlować papierami kilku spółek.