Ekożywność może zwolnić

Bez dotacji nie będziemy konkurencyjni — alarmują ekorolnicy. Wbrew proponowanym zapisom w PROW, chcą się rozwijać, a nie zmniejszać gospodarstwa.

Do 10 lutego można zgłaszać uwagi do projektu Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich (PROW) na lata 2014-20. Rolnicy zajmujący się produkcją ekologicznej żywności alarmują, że proponowane przepisy oznaczają zapaść na rynku, który przez ostatnie lata intensywnie się rozwijał. Oficjalnych danych na temat wartości rynku ekologicznej żywności nikt nie zbiera. Według szacunków Organic Farma Zdrowia, sieci sklepów z taką żywnością, wart jest 700 mln zł i rośnie w tempie 15 proc. rocznie. Wzrost zahamować ma degresywność płatności (według resortu rolnictwa oznacza to, że wysokość pomocy uzależniona jest od wielkości powierzchni objętej wsparciem).

— W poprzedniej perspektywie budżetowej limit wsparcia obowiązywał dla naprawdę dużych gospodarstw. Dla tych powyżej 100 ha płatność wynosiła 50 proc., a powyżej 200 ha — 10 proc. W nowym programie na 100 proc. płatności otrzymają uprawy sadownicze i zielarskie o powierzchni do 10 ha, paszowe i warzywne do 15 ha, a rolnicze do 20 ha — mówi Danuta Pilarska, przewodnicząca zarządu Stowarzyszenia Ekoland.

Rolnicy wysłali apel do Stanisława Kalemby, szefa resortu rolnictwa. Wskazują w nim, że „(...) w latach 2003-2012 areał upraw ekologicznych wrósł jedenastokrotnie, a w samym 2012 r. liczba gospodarstw oraz powierzchnia upraw ekologicznych wzrosła o 10 proc. (...) wprowadzenie degresywności w kształcie proponowanym w zapisach programu PROW zahamuje ten pozytywny trend”.

— Mamy XXI w. i bogaci ludzie mają często przydomowy ogród wielkości 10 ha, ale resort rolnictwa planuje, że ekologiczny rolnik, który produkcją zajmuje się zawodowo, nie będzie mógł otrzymać dotacji do powierzchni upraw rolniczych większej niż 20 ha. Jest to dla nas zupełnie niezrozumiałe. Alarmowaliśmy ministerstwo, że ograniczanie płatności do pierwszych 20 ha spowoduje dzielenie gospodarstw. Statystycznie więc liczba ekologicznych rolników może się nawet zwiększyć, ale nie chodzi tu przecież o kombinowanie — twierdzi Danuta Pilarska.

Jej zdaniem, tylko w woj. kujawsko-pomorskim standardem są gospodarstwa o wielkości 60-80 ha, a w woj. zachodniopomorskim nawet 300 ha.

— W najgorszej sytuacji są sadownicy i plantatorzy owoców jagodowych, którzy 100 proc. płatności otrzymają tylko dla 10 ha. Wielu z nich, w tym producenci owoców jagodowych z Podkarpacia, obawia się, że nie będzie w stanie utrzymać się na rynku. Zakładali kolejne plantacje porzeczek czy aronii, bo rozwijali eksport. Teraz, gdy stracą część dotacji, będą musieli podnieść ceny skupu, czego prawdopodobnie nie będą chcieli zaakceptować przetwórcy — przekonuje Danuta Pilarska.

Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP i wiceszef sejmowej komisji rolnictwa, przyznaje, że posłowie walczą o zwiększenie wskazanych limitów.

— Gros gospodarstw rodzinnych sadowniczych zmieści się wprawdzie w przedziale 10 ha, ale zdecydowanie bardziej korzystny byłby pułap chociażby 15 ha. Jednocześnie rozumiemy motywację resortu, do którego docierały informacje o ogromnych plantacjach orzechów zakładanych tylko po to, żeby uzyskać dotacje — mówi szef Sadowników RP.

Zdaniem Danuty Pilarskiej, kluczowa jest tu utrata konkurencyjności w porównaniu z zagranicznymi producentami.

— W innych krajach unijnych nie wprowadza się takich ograniczeń co do areału. Natomiast nasza konkurencja w owocach jagodowych spoza Unii — jak w przypadku owoców jagodowych — Serbia, ma znacznie niższe koszty pracy, więc ma nad nami przewagę — dodaje przewodnicząca zarządu Ekolandu. Resort rolnictwa nie odniósł się do naszych pytań. W dokumencie opisującym PROW uznaje jednak rolnictwo ekologiczne za jedną z szans na rozwój dla wielu rolników.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michalina Szczepańska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu