„... Głupiec mówi: Niech sobie źródło wyschnie w górach, byleby mi płynęła woda w miejskich rurach”. Te słowa wielkiego wieszcza Adama Mickiewicza można byłoby zadedykować wszystkim przeciwnikom i hamulcowym reform w Unii. Reform, których uosobieniem stał się premier Tony Blair. Odsądzony od czci i wiary w Europę i jej model socjalny (nie mówiąc o rolnym), niczym Don Kichot podjął walkę z utrwaloną na Starym Kontynencie postawą roszczeniową. Jego zdaniem, bez zaciskania pasa Unię czeka bankructwo.
Wiatr zmian już powiał. Blair nie czekał do 1 lipca, kiedy Wielka Brytania oficjalnie obejmie przewodnictwo w Unii i z ponadtygodniowym wyprzedzeniem przedstawił w Parlamencie Europejskim wizję Europy, o jaką ma zamiar walczyć. Zrezygnowany po brukselskim szczycie Jean-Claude Juncker, premier Luksemburga, bez wahania przekazał mu pałeczkę.
Choć w jak każdym exposé, także w tym mało było konkretów, to każdy znalazł tam coś dla siebie. Pomogła niezawodna w takich sytuacjach taktyka: trochę pieprzu, trochę miodu. Z jednej strony Blair mówił o potrzebie modernizacji, podnoszeniu konkurencyjności gospodarki, przy okazji powołując się na sukcesy swojego kraju w walce z bezrobociem i ubóstwem, z drugiej zaś nie negował istnienia wspólnej polityki rolnej, podkreślając jedynie potrzebę szybszych, choć nie natychmiastowych, zmian. Najwięcej emocji wzbudziła zapowiedź dążenia do budżetowego kompromisu, opartego na składce rzędu 1 proc. PKB, która nie podobała się także polskim parlamentarzystom.
Mimo że koniec mowy zwieńczyły oklaski, to wielu eurodeputowanych nie szczędziło brytyjskiej wizji Europy totalnej krytyki. Cóż, zapewne przyzwyczajeni do luksusów nie czerpią mądrości ani z historii, ani literatury. W najlepszym przypadku nie czytają Mickiewicza, choć pewnie by im to nie zaszkodziło.