Z wielu źródeł słyszałem w ostatnich tygodniach opinię, że wśród zagranicznych inwestorów nastąpił wzrost obaw przed inwestowaniem w Polsce i całej Europie Środkowej. To jest obszar blisko wojny, zagrożony eskalacją konfliktu, więc lepiej na razie trzymać się z daleka – tak się o nas mówi. Pytanie, czy to ma już przełożenie na realne decyzje? Czy może wywołać poważne konsekwencje? Czy możemy się przed tym jakoś bronić? To są trzy pytania, na które bardzo krótko postaram się odpowiedzieć.
Czy awersję do ryzyka już widać na rynku? Na pewno na rynku finansowym. Żeby utrzymać w miarę stabilną walutę, musieliśmy podnieść stopy procentowe do ponad 5 proc., mimo że w strefie euro stopy banku centralnego pozostały bez zmian. To już jest objaw ryzyka. Trzeba jednak podkreślić, że tylko część wzrostu stóp wynika ze zmiany ryzyka – większość to efekt tego, że Polska notuje znacznie wyższy realny i nominalny wzrost PKB niż strefa euro oraz znacznie wyższą inflację.
Są też jednak bardziej konkretne miary ryzyka. Na przykład na ostatniej emisji obligacji dziesięcioletnich w euro Polska musiała zaakceptować rentowność w wysokości 2,85 proc., czyli mniej więcej taką, jaką mają dziś analogiczne obligacje dla Włoch. W tym przypadku ważne jest, że porównujemy papiery w tej samej walucie, których rentowność zależy bardziej od stóp Europejskiego Banku Centralnego niż NBP. Polska jest krajem o wyższym ratingu niż Włochy, więc fakt, że musimy tyle samo płacić za zadłużenie, wskazuje, że inwestorzy zaczęli nas traktować jako kraj podwyższonego ryzyka. Widać to też po notowaniach kontraktów CDS (credit default swap), czyli instrumentów, które ubezpieczają od ryzyka bankructwa kraju. Dziś ryzyko niewypłacalności Polski jest oceniane podobnie do Włoch, podczas gdy przed rozpoczęciem wojny w Ukrainie było wyraźnie niższe.
Znacznie trudniej dopatrzeć się objawów ryzyka w decyzjach przedsiębiorstw. Na razie nie mamy miarodajnych danych o inwestycjach. Dane o napływie bezpośrednich inwestycji zagranicznych za marzec były bardzo dobre i wskazywały na kontynuację wzrostu.
Zwróciłbym uwagę na ciekawe badanie przeprowadzone w Rumunii przez Radę Inwestorów Zagranicznych (FIC – Foreign Investors Council). Rumunia to też kraj blisko frontu. W ostatnim badaniu, przeprowadzonym już w marcu, oczekiwania inwestorów dotyczące przychodów i inwestycji w nadchodzącym roku nie różnią się znacząco od wrześniowej edycji. Oczekiwania dotyczące przychodów zmalały nieznacznie, oczekiwania dotyczące inwestycji bardziej – ale w obu przypadkach przewidywane wzrosty są znacząco powyżej średniej historycznej.

Sądzę więc, że na razie awersja inwestorów finansowych jest prawdopodobnie wyższa niż przedsiębiorstw produkcyjnych i usługowych w branżach niefinansowych.
Czy wzrost ryzyka może wpłynąć na decyzje o inwestycjach w przyszłości? Taki wpływ może być widoczny. Musimy zaakceptować fakt, że będziemy oceniani nieco inaczej niż w przeszłości. Pisałem o tym już w styczniu, gdy ryzyko wojny dopiero narastało. Niektórzy twierdzą, że kraje znajdujące się blisko „frontu” zimnej wojny w przeszłości sporo zyskiwały na transferach technologii z USA – Japonia, Korea, Tajwan, Niemcy to najlepsze przykłady. Przypomnijmy jednak, że ten proces trwał dość długo, my jesteśmy dopiero na początku nowej ścieżki geopolitycznej i trudno oczekiwać, że już dziś ludzie na Zachodzie uznają, że dzisiejsza Polska będzie jak RFN w latach zimnej wojny.
Nie wydaje mi się natomiast, by ryzyko, które dziś jest wyceniane, mogło doprowadzić do gwałtownej zmiany inwestycji zagranicznych w regionie. Firmy tu obecne będą się rozwijały dalej, bo mają tu dobre wyniki. Jednocześnie pewne przemiany geopolityczne mogą sprzyjać przenoszeniu produkcji do Polski. Rozciąganie łańcuchów dostaw na cały świat stało się ryzykowne, wiele firm szuka możliwości skracania i dywersyfikacji sieci dostaw i region Europy Środkowej może na tym skorzystać. Są powody do obaw, ale nie do jakiejś paniki.
Co możemy zrobić, by zapobiec postrzeganiu nas jako obszaru ryzyka? Na pewno dobra komunikacja jest jednym z ważnych elementów. Słyszałem opinię, że wizyta prezydenta USA Joe Bidena dużo zrobiła dla uspokojenia obaw. Na samej komunikacji nikt jeszcze jednak niczego nie zbudował. Potrzebujemy bardziej przewidywalnej polityki gospodarczej, dbałości o stabilność makroekonomiczną i instytucjonalną, zażegnania najostrzejszych sporów z UE. W spokojnych czasach można było więcej ryzykować. Dziś - nie.
