Europejscy inwestorzy boją się mocnego euro

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2003-11-27 00:00

Wczorajsza sesja w USA była prawie dokładnie powtórzeniem wtorkowej. Rynek obligacji działał do dziewiętnastej, więc potem handel praktycznie zamarł również na rynku akcji. Do osiemnastej trwała mała wyprzedaż, bo inwestorzy chcieli spokojnie pojechać na święta. Potem nastąpiło odbicie i co prawda nie bardzo było komu ciągnąć rynek do góry, ale i tak wzrosty zostały wypracowane. Bardzo mały wolumen ten wzrost co prawda dyskwalifikuje, ale szczyty znacznie się przybliżyły. Dziwne by było, gdyby tak się nie stało po doskonałych danych makro. A były one wręcz znakomite. Liczba noworejestrowanych bezrobotnych była mniejsza od prognoz, a zamówienie na dobra trwałego użytku bardzo mocno wzrosły. Doskonały był również indeks określający rozwój sytuacji w okolicach Chicago (Chicago PMI). Jedynym minusem był większy niż oczekiwano spadek sprzedaży nowych domów, ale tą informację wszyscy lekceważą. Dzisiaj jest Święto Dziękczynienia i do końca tygodnia już nic nie powinno się wydarzyć.

Wczoraj w Eurolandzie indeksy przez prawie całą sesję rosły. Inwestorzy skupili się na dobrych prognozach Hannover Re i na kolejnych pogłoskach o fuzjach niemieckich banków. Nadal liczono na to, że kolejne dobre dane makro z USA pomogą we wzrostach indeksów. I rzeczywiście dane były doskonałe.

Co się więc stało, że z takich obiecujących wzrostów wynikły minusowe zamknięcia? Odpowiedź leży w rynku walutowym. Od początku sesji euro wzmacniało się, ale inwestorzy to lekceważyli, bo wzmocnienie było nieznaczne. A już to powinno być poważnym ostrzeżeniem. Gracze zobaczyli, że doskonałe amerykańskie dane makro wcale nie wzmacniają dolara, więc doszli do wniosku, że amerykańska waluta skazana jest na osłabienie i zaczęli ją sprzedawać. Po następnej partii jeszcze lepszych danych makro, kiedy zobaczyli, że nie ma chętnych, żeby kupować dolary tym mocniej przycisnęli pedał gazu i euro wystrzeliło sięgając prawie historycznego szczytu. A mocne euro szkodzi gospodarce europejskiej. Dzisiaj w USA giełdy są zamknięte z powodu Święta Dziękczynienia, co zazwyczaj znacznie spowalnia handel na całym świecie, ale zdarza się też, że giełdy Eurolandu na małym wolumenie starają się wyprzedzić to, co może się wydarzyć w USA następnego dnia. Tylko, co mają wyprzedzać? Tego teraz nikt nie wie, więc na rynkach powinna panować niepewność.

Nasz rynek od rana odbijał pociągnięty przykładem Eurolandu. Po nocnym, utajnionym posiedzeniu sejmu można było powiedzieć, że żadnej „sprawy Balcerowicza” nie będzie, mimo że LPR zapowiedział złożenie wniosku o powołanie komisji śledczej. Uważam, że jeśli z tego powodu sprzedawane były akcje, to sprzedający się mylili, a wczoraj usiłowali tę pomyłkę naprawić. W tym samym nurcie można umieścić odbicie na akcjach Prokomu i Softbanku. Tyle, że tu sprawa kontraktu na CEPiK wygląda poważniej i może jeszcze mieć duży wpływ na te spółki. Ciekawe, że jak napisało o tym „Nie”, a potem „Gazeta Wyborcza”, to reakcji nie było żadnej. Dziwni ci nasi zarządzający. Czytają i nie wyciągają wniosków... A może nie czytają? Odbicie było jednak słabe, a z pewnością nie takie, które zmieniałoby ogólnie słaby obraz rynku.

Z całą pewnością niepokoił inwestorów mocny spadek węgierskiego BUX. Tyle, że tam rząd ogłosił cenę akcji koncernu MOL, które mają być sprzedane w ofercie publicznej. Nasz rynek wytrzymał węgierski nacisk i jednak lekko wzrósł. To może być początek nieśmiałej akumulacji. Widać było na przykład, że wtorkowi liderzy zniżki byli wczorajszymi liderami wzrostów. Kiedy trwa akumulacja, wtedy z sesji na sesję nastroje się zmieniają, a wykresy indeksów wyglądają jak piła zębata. Gdyby rynek miał w końcu ruszyć do góry, to taka akumulacja po dużych spadkach jest po prostu konieczna. Sytuacja techniczna jednak nie zmieniła się - nadal jest bardzo pesymistyczna i będzie taka, dopóki WIG-20 nie powróci nad 1487 pkt.