reportaŻZakład Wedla nabierze nowego blasku i zbliży się do warszawiaków. A niewiele brakowało, żeby Jedyną produkowano we Wrocławiu.
Z każdym krokiem, z którym zbliżamy się do fabryki, mocniej pachnie czekoladą. Woń słodyczy tłumi zapach spalin, miejskiego kurzu, unosi się nad brzydką częścią Pragi-Południe. Dzięki niemu ożywają wspomnienia z dzieciństwa: smaku pierwszej czekolady wedlowskiej. Wchodzimy do najstarszej działającej w Polsce fabryki słodyczy. Tu czekoladą pachną nawet toalety.
— Zawsze powtarzam, że pracuję w fabryce marzeń — Peter Knauer, wychowany w Polsce syn niemieckiego dyplomaty, nie ukrywa sentymentu do tego miejsca.
Jako dziecko zwiedzał w 1969 r. zakład. Legenda mówi, że już wtedy postanowił tu wrócić. Jest prezesem polskiego oddziału Cadbury Schweppes, właściciela fabryki E. Wedel.
Historia w ruinie
Historia fabryki czekolady Wedla sięga 1851 r. Wtedy Karol Wedel założył przy ul. Miodowej zakład cukierniczy. Jednym z jego przebojów była, podawana do dziś, czekolada na gorąco. Właściciel miał głowę do interesów. Szybko się zorientował, że to wyjątkowo popularny smakołyk. Postanowił to wykorzystać i w 1855 r. sprowadził maszyny do wytwarzania czekolady w tabliczkach. Kolejny krok uczynił Emil, syn protoplasty rodu. W prezencie ślubnym otrzymał w 1872 r. budynek przy ul. Szpitalnej. Od początku mieściła się tu, słynna do dziś, Pijalnia Czekolady. Gdy w zakładzie ojca zrobiło się za ciasno, aby zaspokoić apetyt warszawiaków, obok pijalni uruchomił w kamienicy fabrykę słodyczy. Powstawały tu sygnowane słynnym podpisem właściciela wyroby. Wśród nich najsłynniejszy — czekolada. Sukces ogromny, więc wkrótce także w tej fabryce zrobiło się mało miejsca. Emil Wedel kupił działkę na Pradze-Południe. Chciał na niej pobudować nowoczesny zakład. Zamiar jednak zarzucił. Obawiał się, że utraci kontakt z pracownikami, a tego nie chciał.
Do pomysłu budowy wrócił Jan, syn Emila, powszechnie uważany za najwybitniejszego z rodziny Wedlów. Wszechstronnie wykształcony, studiował w Wyższej Szkole Technicznej w Berlinie i na Wydziale Chemii Uniwersytetu we Fryburgu w Szwajcarii (uzyskał w niej tytuł doktora), zdawał sobie sprawę z tego, że nie można prowadzić interesów tak jak jego ojciec i dziadek. W 1931 r. otworzył nowoczesną fabrykę na Pradze. W 1939 r. pracowało w niej ponad 1,3 tys. osób. Wtedy była to jedna z najnowocześniejszych fabryk przemysłu spożywczego. Nie tylko w Polsce. A dziś?
— Od powojennej odbudowy zakładu nie poddawano gruntownej modernizacji. Jak się coś zepsuło, to łatano dziurę na bieżąco. Kiedy modernizowaliśmy linię ptasiego mleczka, zmieniliśmy podłogi i ściany na nowoczesne. Jednak to wyjątek. Cały zakład jest w opłakanym stanie technicznym. O tym, co w tej sytuacji zrobić, dyskutowaliśmy od kilku lat — mówi Peter Knauer.
Przywrócić dawny blask
Władze spółki stanęły przed dylematem: albo wyłożyć niemałe pieniądze na modernizację historycznego budynku, albo przenieść zakład np. do Wrocławia, gdzie Cadbury ma fabrykę słodyczy.
— Z punktu widzenia wyłącznie ekonomii przenosiny byłyby mniej kosztowne niż gruntowny remont. W takim postępowaniu nie byłoby nic zdrożnego. Wedlowie przecież przeprowadzali swoje fabryki w miarę rosnących potrzeb. Jednak tak stare marki, uważane wręcz za narodowe dobro, to nie tylko twardy biznes. Czy to magiczne miejsce na mapie Warszawy, ten zapach czekolady, ta fabryka marzeń może tak po prostu zniknąć? Mało takich miejsc zostało, które by przetrwały burzliwą historię Polski. Także to stało się przedmiotem rozważań. Mówi się, że w biznesie nie ma sentymentów. Tymczasem do 2008 roku wyłożymy 100 mln zł na przystosowanie starych murów do wymogów XXI wieku — podkreśla prezes Knauer.
Pracy nie zabraknie. Duża część linii pracuje na granicy zdolności produkcyjnych, a zamówienia rosną.
— Cieszy nas, że budynek ma wystarczającą powierzchnię. Tym bardziej że chcemy zainstalować urządzenia, które mają większą wydajność, a zajmują mniej miejsca — wyjaśnia Peter Knauer.
Kompleksowy remont obejmie: linie produkcyjne, część biurową oraz socjalną. Część socjalna wzbogaci się o przestronne stołówki, szatnie, przebieralnie i łazienki. Powstaną widne, nowoczesne powierzchnie biurowe.
— Całość prac poprowadzimy tak, aby nie przerywać bieżącej działalności fabryki. Będziemy przenosili produkcję między różnymi halami zakładów. Właśnie rozpoczynamy remont biur — wylicza przedstawiciel Cadbury Schweppes.
W stadium projektowania przedsięwzięcia pracowników Wedla wspierała pracownia ATI. Trwa właśnie przetarg na wykonanie skomplikowanych prac budowlanych.
Frontem do miasta
Przebudowa wnętrza budynku to nie wszystko. Ambitne plany obejmują także zewnętrzne otoczenie zakładów.
— W tej chwili zakład jest odcięty od warszawiaków brzydkim murem. Na podwórzu krzyżują się drogi pracowników i ciężarówek. Chcemy zmienić organizację ruchu i przybliżyć zakład warszawiakom — zapowiada Peter Knauer.
Plany zakładają przywrócenie wejścia do zakładów od historycznej strony przez bramę z pięknymi inicjałami Emila Wedla na ul. Lubelskiej.
Prezes chciałby — o ile dostanie odpowiednie zezwolenia — stworzyć przed budynkiem trochę terenu zielonego, mały plac wypoczynku i zabaw, może zainstalować fontannę i ustawić ławeczki. Będzie o tym rozmawiał z władzami miasta i konserwatorami. Zapewnia, że zostanie na Zamoyskiego pijalnia czekolady, która otrzyma bardziej elegancki wystrój. Wyremontowany będzie sklep fabryczny. Prace obejmą też część otoczenia znajdującego się po drugiej stronie fabryki przy tzw. Jeziorku Kamionkowskim.
— Marzę o stworzeniu tu małego muzeum Wedlów. Chcemy ich szczególnie upamiętnić. Trwa duża „burza mózgów”: jak to zrobić, jak dać warszawiakom i gościom stolicy więcej możliwości spotkania się z Wedlem. Myślimy o tym, jak ożywić tradycje sportowe pracowników zakładu związane z Robotniczym Klubem Sportowym Rywal. Ufundował go Jan Wedel. Była tu przystań kajakowa, sekcja rowerowa — rozmarza się Peter Knauer.
Wypada życzyć, żeby jego marzenia się spełniły. Z korzyścią dla warszawiaków. n
Walka z podróbkami
Za czasów Emila słodycze Wedla zaczęto masowo podrabiać. Właściciel opatrzył każde opakowanie logo firmy — swoim kunsztownym podpisem. Powstały dwie wersje: niezaakceptowana znajduje się nad wejściem do fabryki. W PRL dołożono do niego literkę d. (dawniej), a pod nim 22 Lipca (ówczesna nazwa). Na szczęście fabryka wróciła do historycznego logo.
Filiżanka szczęścia
W urządzonej na wzór secesyjnego saloniku Pijalni Czekolady przy ul. Szpitalnej podawana jest czekolada na gorąco według receptury Karola Wedla. Od prawie 160 lat warszawiacy oddają się przyjemności spożywania tego napoju. Pijalnię czekolady i sklep firmowy otworzył Emil Wedel. Gdy właściciel, szukając miejsca dla rozszerzenia części fabrycznej próbował zlikwidować lokal, w obronę staroświeckiego sklepu zaangażowały się autorytety literackie, w tym Henryk Sienkiewicz. Pijalnia wciąż cieszy się popularnością. Dwukrotnie wygrała plebiscyt mieszkańców na miejsce magiczne stolicy. Na jej wzór i podobieństwo władze spółki E. Wedel tworzą na zasadach franczyzowych sieć Pijalni Czekolady.
Jak to z czekoladą było
Produkcja czekolady rozpoczyna się wraz z przybyciem do zakładów ziaren kakaowych. Nadające się do obróbki prażone są w 120 do 140 stopniach przez około pół godziny. Potem są szybko chłodzone, aby zachowały aromat. Po łuskaniu i kruszeniu trafiają do maszyny, gdzie gniotą je ciężkie walce, wytłaczając z nich gęstą masę, tzw. miazgę kakaową. Uformowana w bloki miazga leżakuje przez 3-4 miesiące. Następnie się ją proszkuje i łączy z masłem kakaowym. Powstaje masa czekoladowa. Kolejny etap, konszowanie, polega na mieszaniu płynnej masy w podgrzewanych konchach i jednoczesnym dodawaniu porcji masła kakaowego. Na koniec temperowanie — ochłodzenie i ponowne podgrzanie czekolady, aby uzyskać właściwą konsystencję.
Jedyna taka na rynku
Jan Wedel znany był z nowatorskiego podejścia do zarządzania firmą i wprowadzania nowych produktów. Miały one naprawdę dobrą jakość. Za jego rządów opracowano receptury najsłynniejszych wyrobów, w tym czekolady Jedyna. Stała się ona symbolem czekolady wedlowskiej. Jest produkowana do dziś według niezmienionej receptury.
