Piosenkami zapełniał listy przebojów. Teraz stara się o zapełnienie publicznością wystaw, spektakli oraz innych wydarzeń.
Tylko pomysłodawca wierzył w sukces przedsięwzięcia. Przyjaciele i znajomi perswazją oraz roztaczaniem wizji nieuchronnego bankructwa próbowali odwieść Wojciecha Trzcińskiego od realizacji jego idei. Ale Trzciński wiedział swoje.
Przez ponad 30 lat działalności zawodowej każdy jego projekt musiał mieć czyjąś zgodę na realizację. Tłumaczył się z pomysłów nawet wtedy, gdy odnosił sukcesy. W końcu miał tego po prostu dosyć. W 2001 r. trafiła się okazja, aby zaczął pracować na swoim.
— Grzechem byłoby z niej nie skorzystać. Komponowanie piosenek, w ogóle muzyki rozrywkowej, to zajęcie, w którym ostatni przebój potwierdza twoją pozycję na rynku. Jeśli nie trafisz w gusta publiczności, nie zaspokoisz oczekiwań rynku, to odchodzisz do lamusa. A ja nie miałem na to ochoty. W Fabryce bezczynność mi nie grozi — podkreśla twórca i współwłaściciel warszawskiego Centrum Artystycznego Fabryka Trzciny.
Dlatego pochodzący z Mokotowa spadkobierca przedsiębiorcy i właściciela Zakładów Elektrotechnicznych Adolf Okoń (rok założenia 1916) oraz geograf z wykształcenia został właścicielem i szefem placówki kulturalno-rozrywkowej.
Kartka na murze
Fabryka Trzciny mieści się na Szmulowiźnie (części Pragi-Północ), uchodzącej przez długie lata za miejsce poślednie i lumpenproletariackie. Ostatnio, m.in. dzięki takim właśnie placówkom, Praga zaczyna być postrzegana jako ważne miejsce na kulturalnej mapie miasta. Na Szmulki przyjeżdżają spragnieni inteligentnej rozrywki mieszkańcy Warszawy. Bez obaw, że spotkają tu dilerów narkotyków czy odurzone nimi nastolatki. Nie ma tzw. bramki ani selekcjonera. Właściciel wręcz nienawidzi tego słowa. Profil i poziom placówki sprawia, że nie przychodzi tutaj przypadkowa publiczność.
Jak Trzciński znalazł Fabrykę?
— Komponowałem utwór na olimpiadę organizowaną przez sąsiadujący z Fabryką zakon salezjanów. Przyjechałem do bazyliki zaprezentować kompozycję. Coś mnie podkusiło, aby wybrać się na spacer po okolicy. Zobaczyłem fabrykę przy Otwockiej, a na bramie kartkę „powierzchnie magazynowe do wynajęcia”. Właśnie takiej nieruchomości szukałem w stolicy — opowiada Trzciński.
Lokalizacją, kubaturą oraz historią przypominała obiekty, w których działają instytucje kulturalne w Londynie, Nowym Jorku czy w Berlinie. Na dodatek pochodzący z 1916 r. budynek nie był w rejestrze zabytków.
— Wynająłem go na kilkanaście lat i w czerwcu 2001 r. rozpocząłem prace adaptacyjne. Pieniądze pochodziły z mojego własnego kapitału oraz wspólnika (20 proc.). Żadna instytucja finansowa nie była wtedy zainteresowana udzieleniem nam kredytu. Fabrykę Trzciny otworzyliśmy w kwietniu 2003 r. — wspomina gospodarz.
Sukces przyszedł szybko, chociaż przełom wieków był w skali światowej okresem kryzysu kultury. W społeczeństwie masowym rozproszeniu uległa tradycyjna, elitarna publiczność, skupiająca się wokół teatrów, sal koncertowych, wernisaży czy wydarzeń literackich. Zanikł tradycyjny styl kontaktu kulturalnego, wymagający także kontaktu osobistego jego uczestników.
— Mimo że publiczność kulturalna rozproszyła się, to na szczęście pozostała. I ja tę jej część, która deklarowała chęć czy wręcz potrzebę uczestnictwa w życiu kulturalnym, postanowiłem przyciągnąć do Fabryki — przedstawia Wojciech Trzciński.
Zdobył wierne grono bywalców, bo Fabryce Trzciny udało się połączyć wysoką jakość z różnorodnością oferowanych wydarzeń kulturalnych, zapewnić kontakt odbiorców z wykonawcami oraz atmosferę bycia we własnym towarzystwie i w odpowiednim miejscu. Zadbano także o czystość pomieszczeń oraz bezpieczeństwo gości.
Kalkulator w ręku
Centrum Artystyczne Fabryka Trzciny działa na zasadach komercyjnych. Korzysta z dochodów, jakie przynoszą imprezy zamknięte oraz z różnych form sponsoringu.
— Każdy projekt, bez wyjątku, artystyczny czy komercyjny, ma przygotowany biznesplan. Na jego podstawie decydujemy, czy stać nas na jego realizację. Fabryka Trzciny ma zdrowe podstawy finansowe. Od początku przynosi zyski. Zatrudniamy na etatach około 50 osób — opowiada gospodarz.
Trzciński podkreśla jednak, że tak prowadzi firmę, aby działania komercyjne nie zniszczyły bądź nie osłabiły programu artystycznego i edukacyjnego.
— Cały czas dbam o stronę techniczną obiektu. Reinwestujemy pieniądze w bieżące remonty i przeglądy, rozbudowujemy kolejne przestrzenie. Bardzo dobrym okresem dla takich prac są wakacje, bo wówczas spada liczba odwiedzających. Wiąże się z tym niższa dochodowość Jednak takie działania są konieczne. Trzeba je zaplanować i wliczyć do rocznego budżetu — mówi właściciel.
Właśnie zlecił analizę wartości spółki. Na podstawie jej wyników podejmie decyzję o dalszym rozwoju Fabryki, choć wzmocnienie bazy finansowej firmy uważa za niezbędne. To nie koniec planów. Powoli rodzi się pomysł multiplikacji Fabryki Trzciny na regiony i współpracy z samorządami.
— W ich gestii jest bardzo wiele instytucji kulturalnych i obiektów, na których utrzymanie wydawane są poważne pieniądze. Mamy doświadczenie i wiedzę, wiemy, jak bardziej efektywnie wydawać publiczne pieniądze i sprawić, aby do miejsc takich, jak Fabryka Trzciny, przychodziła publiczność w Płocku, Siedlcach czy w Radomiu. Widać duże zainteresowanie i zrozumienie dla naszych pomysłów. Trzeba tylko wypracować odpowiednią formułę takiej współpracy — przekonuje Wojciech Trzciński.
Skąd pewność, że znajdą się goście lokalnych centrów kultury?
— Coraz więcej Polaków, także z mniejszych miast, ma kontakty z zagranicą. Wyjeżdżają do pracy, w odwiedziny do rodzin, znajomych, na wakacje. Widzą, w jak innych standardach żyją i spędzają wolny czas zwykli ludzie. I po powrocie do Polski chcieliby mieć podobne możliwości w swoim otoczeniu. Nie pomyliłem się siedem lat temu i nie sądzę, abym nie miał racji także dzisiaj. I nie wynika to z przekonania o własnej nieomylności, ale ze zwykłej analizy potrzeb społecznych. A kulturalna rozrywka jest potrzebą m.in. ludzi „aspirujących”. Jest już ich na szczęście coraz więcej w Polsce — przekonuje gospodarz. n
Długa lista przebojów
Wojciech Trzciński skomponował wiele piosenek, m.in. dla Ireny Jarockiej („Odpływają kawiarenki”), Krzysztofa Krawczyka („Byle było tak”, „Jak minął dzień”, „Pamiętam ciebie z tamtych lat”), Krystyny Prońko („Małe tęsknoty”, „Za czym kolejka ta stoi”) i Urszuli Sipińskiej („Chcę wyjechać na wieś”). Pisał muzykę dla filmu (m.in. „Halo, Szpicbródka”, „Krzyk”) i teatru („Kolęda nocka”). Był dyrektorem artystycznym festiwali w Opolu i Sopocie. Wymyślił cykle programów muzycznych oraz m.in. teleturniej „Jaka to melodia”. Wyprodukował koncert „Zielono mi”, poświęcony Agnieszce Osieckiej. Jest jednym z pomysłodawców polskiej nagrody muzycznej Fryderyki.
Sto lat na Pradze
Fabryka powstała w 1916 r. przy ulicy Otwockiej. Budynek jest jednym z najstarszych obiektów industrialnych tej części miasta. Początkowo mieściła się w nim wytwórnia marmolady, potem przetwórnia konserw, a w końcu zakłady Polskiego Przemysłu Gumowego (PPG). Skrót dał nazwę słynnym tenisówkom — pepegom.
Postindustrialne liczby
250
tys. Tyle osób odwiedziło Fabrykę Trzciny od początku jej istnienia.
150
tys. posiłków Taki jest wynik pracy fabrycznej kuchni.
550
imprez Taka liczba zleceń zrealizowana została w obiekcie.
Nowojorska poprzedniczka
Andy Warhol (ur. w 1928 r. na Słowacji, zm. 1987 w Nowym Jorku), powszechnie rozpoznawany artysta pop-artu, znany jest głównie z prostych i seryjnych kompozycji. Prezentują one m.in. puszki coca-coli czy zupy pomidorowej Campbell, a także portrety: Marilyn Monroe, Elvisa Presleya, Jacqueline Kennedy Onassis, Marlona Brando, Elizabeth Taylor oraz Mao Tse-tunga. W latach 60. założył pracownię The Factory przy Wschodniej 47 ulicy w Nowym Jorku. Był tu producentem i dyrektorem. Decydował o kierunku rozwoju firmy. Personel zajmował się masową produkcją dzieł Warhola. Do The Factory ciągnęło wielu różnych twórców: filmowcy, aktorzy, malarze. W latach 60. było to jedno z najmodniejszych miejsc Nowego Jorku.
