Fed nie musi już radykalnie ciąć

Włodzimierz Uniszewski
opublikowano: 30-01-2008, 00:00

Dziś zapadnie decyzja, co dalej ze stopami

Niespodziewane cięcie stóp procentowych w USA w ubiegły wtorek nie przecięło węzła spekulacji o wyniku dzisiejszego posiedzenia Rezerwy Federalnej (Fed). Co więcej, ze względu na swoją kontrowersyjność przyczyniło się do jeszcze silniejszej polaryzacji stanowisk. Nikt nie spodziewa się powtórki decyzji sprzed tygodnia, ale przewaga opinii przewidujących kolejną redukcję oprocentowania w Ameryce jest przygnia- tająca.

Najwyżej, bo aż 50 pkt baz.,licytuje liczny obóz zwolenników pójścia za ciosem i szybkiego obniżania ceny pieniądza, docelowo do co najmniej 2,5 proc. Kolejna radykalna obniżka miałaby wyrwać rynek z uścisku bessy, udowadniając giełdowym niedźwiedziom, że nie warto walczyć z Fedem. Opublikowane w poniedziałek dane o największym od 12 lat spadku sprzedaży nowych domów wzmocniły te nadzieje.

Stronnictwo umiarkowane nie jest przekonane, że zadaniem Fedu jest sterowanie rynkiem. Jego członkowie wierzą jeszcze w istnienie gospodarki poza Wall Street. Uważają oni, że Fed nie narazi na szwank stabilności makroekonomicznej tylko po to, by sprawić prezent sektorowi finansowemu. Optują zatem za minimalną redukcją o 25 pkt baz. jako formą ubezpieczenia przed ewentualnym napływem złych wieści do czasu marcowego posiedzenia.

Najmniej liczne, choć donośne, są głosy nawołujące Bena Bernanke do zaprzestania niebezpiecznej rozgrywki z rynkami. Członkowie Fedu dali jasno do zrozumienia, że, podejmując decyzję, kierowali się przede wszystkim stanem koniunktury giełdowej. Wielu komentatorów uznało to za przekroczenie mandatu banku centralnego i odpowiednik włączenia się arbitra do gry. Ich zdaniem, nic nie uzasadnia postępowania, które może rozregulować rynki finansowe poprzez zaburzenie działania ich mechanizmów autokorekcyjnych. Chociaż kontrakty na stopę Fed Funds dyskontują w pełni jej redukcję o 25 pkt baz., a 50 pkt wydaje się w zasięgu ręki, kolejne głębokie cięcie nie jest przesądzone. Nie zawsze decyzje Fedu okazują się zgodne z prognozami. Tym razem szanse na taką rozbieżność są szczególnie duże, biorąc pod uwagę niezwykły splot czynników.

Ubiegłotygodniowa obniżka była największa od 1982 r. Została ogłoszona w momencie silnego napięcia na rynkach, musiała więc zawierać odpowiednią premię, by skutecznie spacyfikować nastroje. Kilka dni później wyszła na jaw afera Societe Generale i pojawiły się sugestie, że nie doszłoby do tak poważnej redukcji, gdyby członkowie Fedu wiedzieli o wyczynach francuskiego tradera.

Pomimo symptomów gospodarczej słabości ujawniły się też pierwsze pozytywne skutki serii obniżek. Wzrost cen obligacji doprowadził do spadku oprocentowania długoterminowych kredytów hipotecznych, a liczba wniosków kredytowych wzrosła. Poprawiła się także wyraźnie płynność na rynku międzybankowym. Banki spisały na straty dziesiątki miliardów dolarów, ale jednocześnie zdobyły nowy kapitał i poczyniły inne kroki dla odtworzenia bazy kredytowej. Rządowy plan stymulacji fiskalnej szybko nabiera kształtów.

Może się zatem okazać, że rynki popadły w przesadny optymizm, licząc na dużą redukcję. Paradoksalnie, silne odbicie amerykańskich indeksów w nadziei na przyjazną decyzję Fedu zmniejsza jej prawdopodobieństwo. W takiej sytuacji Ben Bernanke znowu skieruje uwagę na czynniki makroekonomiczne, a w szczególności na dane o zatrudnieniu publikowane w piątek. Rynek pracy nie sugeruje recesji i jest wielce prawdopodobne, że członkowie Fedu okażą powściągliwość, dopóki nie poznają obrazu gospodarki po ich ostatniej interwencji.

Włodzimierz Uniszewski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Włodzimierz Uniszewski

Polecane