Najwyżej, bo aż 50 pkt. bazowych, licytuje liczny obóz zwolenników pójścia za ciosem i szybkiego obniżania ceny pieniądza, docelowo do co najmniej 2,5 proc. Kolejna radykalna obniżka miałaby wyrwać rynek z uścisku bessy, udowadniając giełdowym niedźwiedziom, że nie warto walczyć z Fed. Opublikowane w poniedziałek dane o największym od 12 lat spadku sprzedaży nowych domów wzmocniły te oczekiwania.
Stronnictwo umiarkowane nie jest już tak przekonane, że zadaniem Fed jest sterowanie rynkiem. Jego członkowie wierzą jeszcze w istnienie gospodarki poza Wall Street. Uważają, oni że Fed nie narazi na szwank stabilności makroekonomicznej tylko po to, by sprawić prezent sektorowi finansowemu. Optują zatem za minimalną redukcją o 25 pkt. bazowych jako formą ubezpieczenia przed ewentualnym napływem złych wieści do czasu marcowego posiedzenia.
Najmniej liczne, choć donośne, są głosy nawołujące Bena Bernanke do zaprzestania niebezpiecznej rozgrywki z rynkami. Członkowie Fed dali bowiem jasno do zrozumienia, że podejmując decyzję kierowali się przede wszystkim stanem koniunktury giełdowej. Wielu komentatorów uznało to za przekroczenie mandatu banku centralnego i odpowiednik włączenia się arbitra do gry. Ich zdaniem nic nie uzasadnia postępowania, które może rozregulować rynki finansowe poprzez zaburzenie działania ich mechanizmów autokorekcyjnych. Chociaż kontrakty na stopę Fed Funds dyskontują w pełni jej redukcję o 25 pkt. bazowych, a 50 pkt wydaje się w zasięgu ręki, kolejne głębokie cięcie nie jest przesądzone. Nie zawsze decyzje Fed okazują się zgodne z prognozami. Tym razem szanse na taką rozbieżność są szczególnie wysokie, biorąc pod uwagę niezwykły splot czynników.
Ubiegłotygodniowa obniżka była największa od 1982 r. Została ogłoszona w momencie silnego napięcia na rynkach, musiała więc zawierać odpowiednią premię, by skutecznie spacyfikować nastroje. Kilka dni później wyszła na jaw afera Societe Generale i pojawiły się sugestie, że nie doszłoby do tak poważnej redukcji, gdyby członkowie Fed wiedzieli o wyczynach francuskiego tradera.
Pomimo symptomów gospodarczej słabości ujawniły się też pierwsze pozytywne skutki serii obniżek. Wzrost cen obligacji doprowadził do spadku oprocentowania długoterminowych kredytów hipotecznych, a liczba wniosków kredytowych wzrosła. Poprawiła się także wyraźnie płynność na rynku międzybankowym. Banki spisały na straty dziesiątki miliardów dolarów, ale jednocześnie pozyskały nowy kapitał i podjęły inne kroki dla odtworzenia bazy kredytowej. Rządowy plan stymulacji fiskalnej szybko nabiera kształtów.
Może się zatem okazać, że rynki popadły w przesadny optymizm, licząc na dużą
redukcję. Paradoksalnie, silne odbicie amerykańskich indeksów w nadziei na
przyjazną decyzję Fed zmniejsza jej prawdopodobieństwo. W takiej sytuacji Ben
Bernanke znowu skieruje uwagę na czynniki makroekonomiczne, a w szczególności
dane o zatrudnieniu publikowane w piątek. Rynek pracy nie sugeruje recesji i
jest wielce prawdopodobne, że członkowie Fed okażą powściągliwość, dopóki nie
poznają obrazu gospodarki po ich ostatniej interwencji.