Spalone samochody, płonące budynki użyteczności publicznej, masowe kradzieże i grabieże sklepów. W samej tylko Marsylii zniszczonych i splądrowanych zostało ponad 500 sklepów, a liczbę łupieżców oszacowano na 30 tys. Szczególnie upodobali sobie oni sklepy z drogą odzieżą i biżuterią. Generalnie centra francuskich miast bardziej przypominają teraz Bejrut niż kolebkę europejskiej cywilizacji. Od kilku tygodni takie to smutne migawki nadchodzą z Paryż i innych francuskich miast.
To, co dla postronnych obserwatorów jest upadkiem cywilizacji, inwestorom sygnalizuje przede wszystkim brak możliwości ograniczenia nadmiernych wydatków francuskiego państwa.
"Rząd znajduje się pod silną presją w związku z trwającymi zamieszkami i niepokojami społecznymi (...) Trwający kryzys jest wywołany m.in. niezadowoleniem z wysokich kosztów życia, pogarszającej się jakości usług publicznych i nierówności ekonomicznych" – tak sprawę postrzegają ekonomiści PKO BP.
Rynek coraz bardziej niepokoi się o przyszłość Francji
Na rynku długu od marca trwa wyprzedaż francuskich obligacji. I o ile początkowo wpisywała się ona w globalne trendy (mocno rosły też rentowności długu USA, Japonii czy Niemiec), tak w ostatnich tygodniach Francja stała się przypadkiem specyficznym.
2 października rentowność 10-letnich obligacji Francji otarła się psychologiczny poziom 5 proc. Później nieco spadła, ale niespełna trzy tygodnie później znów dotarła na wysokość 4,97 proc. Są to najwyższe wartości od 24 lat. To nie tylko szok dla francuskich finansów publicznych (bo jeszcze pięć-sześć lat temu Paryż mógł się zadłużać po kosztach zbliżonych do zera), ale przede wszystkim wyraz braku zaufania ze strony wierzycieli.
Miarą zaufania do Francji jest różnica (spread) w rentowności obligacji 10-letnich między papierami francuskimi a niemieckimi. 20 października różnica ta sięgnęła 153 pkt baz. (czyli 1,53 pkt proc.). To dwa razy więcej niż jeszcze dwa miesiące temu i prawie trzykrotnie więcej niż przed izraelsko-amerykańskim atakiem na Iran. Dla porównania, najwyższy w historii unii walutowej spread odnotowano w listopadzie 2011 r., gdy rynek na serio zaczął się niepokoić o wypłacalność Francji podczas apogeum kryzysu strefy euro. Wtedy zatrzymaliśmy się na poziomie 190 pb. I teraz do takiej wartości niewiele brakuje.
Rynek wycenia tu specyficzne problemy Francji, a nie tylko globalny wzrost rentowności długu skarbowego. To nie przypadek. Przez poprzednie sześć lat deficyt fiskalny Francji tylko raz zamknął się kwotą mniejszą niż 5 proc. PKB (w 2022 r. wyniósł 4,7 proc.). Prognozuje się, że w tym roku manko w kasie francuskiego państwa wyniesie 5,4 proc. PKB. Dług publiczny na koniec 2025 r. wynosił 115,7 proc. PKB, a na koniec tego roku ma zbliżyć się do 120 proc. PKB. Łatwo więc policzyć, że przy tak wysokim zadłużeniu każde 100 pkt baz. wzrostu rentowności obligacji na dłuższą metę będzie się przekładać na wzrost kosztów obsługi zadłużenia publicznego o 1,2 proc. PKB.
Nominalnie mówimy tu o kwotach wręcz zastraszających. Na koniec półrocza Francja była zadłużona na prawie 3,6 bln EUR. W 2025 r. francuski podatnik wydał 66,6 mld EUR na koszty obsługi tego zadłużenia. To przeszło dwukrotnie więcej niż pięć lat wcześniej. Przy utrzymaniu obecnych trendów w przyszłym roku odsetki od państwowego zadłużenia pochłoną aż 91 mld EUR – czyli o 37 proc. więcej niż w zeszłym roku.
To nie kryzys. To rezultat
Równocześnie Francja jest najbardziej rozrzutnym państwem Europy. Rząd wydaje równowartość 57 proc. PKB. W tym ponad 30 proc. PKB idzie na wszelkiej maści wydatki socjalne: emerytury, zasiłki, renty, zdrowie itp. W tym ujęciu Francja to nadmiernie zadłużony kraj socjalu, od lat pogrążony w gospodarczej stagnacji i niepotrafiący zrównoważyć swych finansów publicznych.
Plan budżetu na 2027 r. zakłada deficyt rzędu 5 proc. PKB.
"Przedstawiony 1 października rządowy projekt budżetu na 2027 r. zakłada 43 mld EUR (1,4 proc. PKB) nowych oszczędności, których źródłem ma być głównie ograniczanie tempa wzrostu wydatków publicznych, zamrożenie waloryzacji części emerytur i świadczeń społecznych oraz zmniejszenie ulg podatkowych i składkowych" – odnotowali ekonomiści PKO BP.
Tyle tylko, że to kwoty zdecydowanie za małe jak na skalę francuskich problemów budżetowych. Przyszłoroczny deficyt fiskalny Francji ma się obniżyć raptem o 0,4 pkt. proc.: z 5,4 do 5,0 proc. PKB. Sytuacja jest już na tyle poważna, że rynek domaga się prawdziwych – a nie tylko kosmetycznych – cięć w wydatkach socjalnych. Jeśli ich nie otrzyma, może jeszcze wyżej podnieść rentowność francuskich obligacji, co będzie oznaczało wzrost kosztów obsługi długu publicznego i w konsekwencji… wymagać jeszcze większych cięć pozostałych wydatków.
To błędne koło, z którego ani francuska klasa polityczna, ani Francuzi jako naród chyba nie potrafią już się wydostać. To konsekwencja rozpoczętego ponad 40 lat budowa państwa socjalnego, dławienia wzrostu gospodarczego wysokimi podatkami i przerośniętą biurokracją oraz dekad nierozsądnej polityki budżetowej. Obecny kryzys jest tylko skutkiem działań kolejnych ekip rządzących i werdyktów wyborców. I jak na razie nie zanosi się tu na istotne zmiany.
