Fundusze celowe wciąż są budżetową anomalią
Niezależnie od oceny projektu budżetu państwa na rok 2001, dyskutujący nad nim w komisjach posłowie zgodni są co do jednego — przy ogólnej mizerii tradycyjnie najlepiej mają się państwowe fundusze celowe. Status taki posiada trzynaście rozmaitych podmiotów, realizujących zadania ustawowo wyodrębnione z budżetu państwa. Ich istnienie usankcjonowała ustawa o finansach publicznych — choć na szczęście zatrzymała od 1 stycznia 1999 r. tworzenie następnych funduszy.
Skąd się one w ogóle wzięły? To bardzo proste — w jakiejś konfiguracji politycznej jakiemuś lobby udało się wstawić do jakiejś ustawy utworzenie funduszu celowego. To sprytne rozwiązanie zastąpiło finansowanie określonej dziedziny poprzez dział budżetu. Właśnie anormalny sposób wykorzystywania środków publicznych — a nie ustawowe zadania poszczególnych funduszy — budzi od lat zdecydowany sprzeciw wszystkich, którym marzy się zmniejszenie deficytu budżetowego oraz uzdrowienie całego sektora. Już samo istnienie funduszu celowego — niezależnie od jego gospodarności i efektywności! — obala zasadę budowania budżetu.
Przychody państwowych funduszy celowych pochodzą ze środków publicznych, w tym z bezpośrednich dotacji budżetowych. Fundusz może działać jako osoba prawna lub stanowić wyodrębniony rachunek bankowy, którym dysponuje organ wskazany w ustawie. Takie wyodrębnione konto pozwala organowi zarządzającemu na bardzo dostatnie życie i wydawanie pieniędzy na cele wcale nie ustawowe — tym bardziej iż zasoby funduszu pęcznieją z roku na rok.
Formalnie budżet państwa dotuje tylko sześć z trzynastu centralnych funduszy (patrz wykres). Większość dotacji otrzymują dwa: pracowniczy FUS i rolniczy FER KRUS. Ten drugi jest wręcz utrzymywany przez budżet. Natomiast przychodami funduszy formalnie nie dotowanych są quasi-podatki, ściągane przez nie bezpośrednio. Na przykład PFRON zbiera z zakładów pracy opłaty z tytułu nieosiągania wskaźnika zatrudnienia osób niepełnosprawnych. Na zasadzie obligatoryjnej składki skonstruowane są również przychody FGŚP. Z kolei NFOŚiGW zasilany jest opłatami i karami za gospodarcze korzystanie z wód i urządzeń wodnych. Niewielki CFOGR gromadzi pieniądze z tytułu wyłączania gruntów z produkcji rolniczej. Widać zatem, że jeśli obowiązkowe opłaty nie nazywają się wprost podatkami i trafiają do funduszy bez pośrednictwa aparatu skarbowego — to już nie są klasyfikowane jako dotacja budżetowa!
Fundusze celowe można podzielić na dwie grupy. Dziewięć wykonuje szczególne zadania społeczne (obsługując emerytury i renty, zasiłki dla bezrobotnych, ubezpieczenie od bankructwa pracodawcy, a także osłonę socjalną weteranów, dzieci z rozbitych rodzin i inwalidów), na które pieniędzy nie może zabraknąć. Ale istnienie kilku innych nie znajduje jakiegokolwiek merytorycznego uzasadnienia. Właściwie można się zdziwić, dlaczego jest ich takÉ mało. Przecież co najmniej kilkadziesiąt równorzędnych co do znaczenia obszarów gospodarki narodowej chętnie przystałoby na finansowanie poprzez wyodrębniony fundusz.
O ile istnienie funduszy celowych coraz powszechniej uznawane jest za anomalię — czy nawet patologię — sektora finansów publicznych, o tyle nikt nie ma pomysłu, jak je zlikwidować. Choćby tworu tak dziwacznego, jak CFGZGiK, który jest uzupełnieniem środków przeznaczanych w budżecie na aktualizację i utrzymanie państwowego zasobu geodezyjnego i kartograficznego. A zatem można przyjąć za pewnik, iż kolejnych ministrów finansów — niezależnie od składów koalicji rządzących — zmora funduszy celowych będzie dusiła po nocach, natomiast decydenci tych funduszy — również niezależnie od barw politycznych — będą używać wszystkich wpływów w obronie racji ich istnienia.