Jesteś cięższy o 10 kilo. Deszcz pada z góry. Z boku. Z dołu też. Masz dość po 3 godzinach. Każdy marzy,
by być daleko. Bo dżungla, choć wspaniała, przeraża.
— Pozwala przetrwać nielicznym. Ja, ty, twoja siostra, rodzice, sąsiad, babcia, kumpel, szef czy burmistrz twojego miasta — nie przeżylibyśmy tu ani tygodnia. Mimo że w lesie rośnie wszystko, co do życia potrzebne. Zbudujesz dom, wyżywisz się, wyleczysz rany... Tylko trzeba umieć to znaleźć — wspomina Bartek Pogoda, fotograf.
Nie znalazł 23-letni Francuz, Raymond Maufrais. Podróżnik i dziennikarz. Przepadł w Gujanie Francuskiej, przemierzając drogę Emerillonów — Indian zamieszkujących pogranicze z Brazylią.
— Miał broń. Ale nie zdobył żywności — w dżungli stworzenia umykają przed człowiekiem. Zjadł psa... Pewnie zginął z głodu. Szczątków nie odnaleziono... Na brzegu rzeki Tamouri pozostały tylko jego dzienniki. Pierwowzór „Zielonego piekła”, kultowej książki podróżniczej. Zainspirowała mnie ta postać. Czytając zapiski Maufrais, upewniałem się, że warto odkrywać świat. Iść dalej. Odważnie — opowiada Marek Kamiński, polarnik, podróżnik, autor książek.
Francuz zaginął ponad pół wieku temu. A droga Emerillonów wciąż czeka na odkrywcę.
— Czasem próbują ją przejść żołnierze legii cudzoziemskiej. Mają dynamit. Jak coś ich niepokoi — rzucają. I helikopter zaraz ich stamtąd zabiera... Oczywiście, że to niszczy dżunglę! — przyznaje Marek Kamiński.
Po co więc tam się pchać?
— Dla przygody. Poznania ludzi z wielu krajów. Romantycznych posiedzeń przy ognisku — wieczorem... Kolacji przygotowanych na palenisku, kiedy coś huczy, bzyczy, czai się w krzakach. Oczy drapieżników świecą w ciemnościach. A ty popijasz herbatę... Warto — dla aktorskich popisów przewodnika, podkręcającego nastrój, gdy podopieczni nie potrafią niczego wypatrzyć w lesie. Bo dżungla to także robaki, liście... Nasz przewodnik — Orlando — co jakiś czas podchodził do któregoś z drzew. Głaskał, dotykał, wycinał maczetą kawałek i podawał do spróbowania, dotknięcia, powąchania. „To kauczuk, cenne drzewo, tamto jest dobre na raka krwi, to na malarię — chinina” — zachęcał. Raz rozłupał owoc na pół: „Spróbuj!”. Zjadłem połowę. Nowy smak w moim życiu. „To na potencję” — dodał Orlando. I ściął maczetą kolejną lianę. Pełna słodkiej wody świetnie ugasiła pragnienie — odpowiada na pytanie Bartek Pogoda.
Dżungla rodzi owoce 300 razy słodsze od sacharozy. I takie, co są bogatsze w witaminę C niż pomarańcza. Palmy, które mają więcej witaminy A niż szpinak. Jest nawet żywica zdatna napędzać silnik Diesla. Bez przetwarzania!
— Różne kształty liści, lian. Ogromne drzewa o 40-metrowych konarach... Na Borneo widziałem dzbaneczniki — owadożerne rośliny rozmaitej wielkości i kształtów. I gatunek małp, żyjących tylko tam. A na Jawie, gdzie przyjaźniej — chłodniej, mniej bujnie — niezwykłe ptaki: dzioborożce. W dżungli człowiek czuje się jak odkrywca: sam niesie wodę, jedzenie, dobytek. Śpi na powietrzu. Kąpie się w wodospadach — dodaje Michał Szymański, informatyk w Lido Technology.
Dżungla to nie tylko smak poznania, ale i posmak niebezpieczeństwa: groźba malarii (trzeba brać tabletki lub się szczepić), infekcji...
— Ruszając na wyprawę, podpisujesz papier, że idziesz na własne ryzyko. Raz Orlando podał mi długą i mocną lianę. Fruu... i poleciałem — 30 metrów nad przepaścią. Wspaniale! — entuzjazmuje się Bartek Pogoda.
Warto spotkać mieszkańców tropikalnego lasu.
— Indiańskie hacjendy w amazońskiej dżungli. Zrobiłem zdjęcia poznanym tam ludziom. Chciałem wysłać, spytałem o adres. Nie mieli adresu. Nie wiedzieli, co to poczta. Nigdy nie dostali przesyłki — opowiada Marek Kamiński.
