Gdzie diabeł nie może

Tadeusz Markiewicz
02-08-2006, 00:00

Pamiętacie państwo jedną z pierwszych scen „Misia” Stanisława Barei? Bogusław Pawlik — grający Stuwałę, prawą rękę prezesa Ochódzkiego — wchodzi do sklepu, gdzie sprzedawczyni obrzuca go niemiłym wzrokiem i wbija w podłogę kultowym zdaniem: „Jem przecież”. Jej duch — mimo że od nakręcenia filmu minęło ponad ćwierć wieku — nadal unosi się nad naszym handlem.

Wtorek. Szósta rano. Telefon od sąsiada. Słowa „zalewa mi pan pokój” budzą szybciej ze snu niż zimny prysznic. Krótka diagnoza: przecieka kilkuletni ogrzewacz wody. Trzeba go szybko wymienić. Na początek francuski hipermarket budowlany, czynny od siódmej rano. Wczesna pora chyba nie służy obsłu- dze, z którą jest krucho. Wygląda jakby nikt nie chciał ode mnie kilkuset złotych. Wreszcie ktoś się nade mną lituje, ale nasz krótki dialog przerywa telefon do handlowca. I tu pełne zaskoczenie. Pracownik wybiera telefoniczną konwersację i idzie sobie w nieznanym mi kierunku. Jadę do drugiego sklepu, tym razem niemieckiego. Podobna sytuacja. Długo czekam na obsługę (dwa razy słyszę od przechodzących pracowników „to nie ja, to kolega”). Gdy już się ktoś pojawił, okazuje się, że połowa (dodajmy bardzo skromnej oferty) to tylko... dekoracja.

Ostatnia szansa. Drugi niemiecki hipermarket budowlany. Kiedy już miałem dać sygnał do odwrotu, pojawiła się kompetentna kobieta z działu sanitarnego. Pełny profesjonalizm, fachowe doradztwo, ani jednego zbędnego słowa. Jeszcze raz sprawdziło się przysłowie „gdzie diabeł nie może, tam babę pośle”. Panowie z konkurencyjnych sieci, nie wstyd wam?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Tadeusz Markiewicz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Gdzie diabeł nie może