Patrząc na Europę z lotu ptaka widać stagnację i stopniowe powiększanie dystansu w stosunku do Stanów Zjednoczonych. Ale Europa to nie monolit. Wiele krajów, w tym kilka dużych i bogatych, rozwija się relatywnie szybko – szybciej niż USA. Problem ma natomiast duże i zamożne centrum: Niemcy, Francja i Włochy. Pytanie dlaczego? Co rozróżnia obszary rozwoju i stagnacji na Starym Kontynencie?
Trzy ciężary dla Europy
Najpierw dane. W trzecim kwartale gospodarka Stanów Zjednoczonych rosła w tempie 2,1 proc. r/r, a Unii Europejskiej 1,4 proc. Ta różnica na korzyść USA utrzymuje się już kilku lat. I powoduje narastającą irytację po naszej stronie Atlantyku. To stąd wzięły się głośnie inicjatywy, jak Raport Mario Draghiego, który miał nadać integracji europejskiej nowego impulsu wzrostowego.
Ale na zagregowanych danych Unii Europejskiej bardzo ciążą trzy największe gospodarki – Niemiec, Francji i Włoch. Większość krajów notuje tempo wzrostu wyższe niż Stany Zjednoczone. W tej grupie znajdują się oczywiście niektóre kraje Europy Środkowej, które są uboższe i korzystają z efektów konwergencji, ale też kilka krajów zamożniejszych, w tym Szwecja, Holandia czy Hiszpania.
Zadałem sobie pytanie, czy jest coś, co fundamentalnie łączy kraje rozwijające się szybciej i odróżnia je od trzech starych założycieli Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej? Czy też jest to zupełnie losowy rozkład dynamik wzrostu?
Co mówią wskaźniki?
Wiele popularnych wyjaśnień stagnacji odpada. Droga energia? Polska jest tu niechlubnym liderem, a jakoś utrzymuje wysokie tempo rozwoju. Brak innowacji? Niemcy wydają na badania i rozwój prawie tyle, co USA (w relacji do PKB) i niewiele im to daje. Starzenie się społeczeństwa? Hiszpania jest przeciętnie prawie tak stara jak Włochy, a mimo to udaje się jej szybciej rosnąć.
Natomiast wyraźnie z różnicami w tempie wzrostu koreluje się wskaźnik regulacji produktowych PMR (product market regulation). Jest to wskaźnik liczony raz na kilka lat przez OECD i określa, jak mocno prawo ingeruje w swobodę konkurencji na rynku. Okazuje się, że kraje z wyższym wskaźnikiem PMR, czyli bardziej restrykcyjnymi regulacjami, dziś w Europie rosną średnio rzecz biorąc wolniej niż kraje z niższym PMR. Ta negatywna korelacja jest widoczna zarówno w ramach grupy krajów Europy Zachodniej i Północnej, jak też wśród krajów Europy Środkowej.
Najszybciej dziś rosnący kraj Europy Zachodniej i Północnej to Szwecja, która ma jednocześnie najbardziej liberalne regulacje. W naszym regionie najszybciej rozwija się Polska, która też ma relatywnie łagodniejsze regulacje produktowe niż większość sąsiadów.
Co ciekawe, same Stany Zjednoczone mają według tego wskaźnika bardziej restrykcyjne regulacje niż większość krajów europejskich! Ale tam impulsem wzrostowym są masywne inwestycje realizowane przez liderów rynku cyfrowego.
Bruksela musi inaczej patrzeć na Europę
Możliwe, że w czasach szybkich zmian technologicznych i strukturalnych regulacje utrudniają krajom będącym dalej od granicy technologicznej adaptowanie nowych rozwiązań. Blokują wchodzenie na rynek nowych przedsiębiorstw, rozwój nowych produktów. Ruch deregulacyjny, który stał się głośny w Polsce za sprawą inicjatywy SprawdzaMY Rafała Brzoski, ma z tego punktu widzenia fundamentalny sens.
Należy oczywiście zaznaczyć, że korelacja nie oznacza zależności przyczynowej. Możliwe, że są jakieś inne czynniki, które wpływają zarówno na regulacje jak i tempo rozwoju.
Ale myślę, że dobrze by było, gdyby wszelkie inicjatywy rodzące się w Brukseli zaczęły bardziej uwzględniać fakt, że w Europie jest rozwój. Tylko nie w krajach, które mają największy wpływ na politykę Unii.
