Mimo kryzysu ubezpieczyciel nie wycofuje się z ochrony dla tracących pracę, a nawet szuka nowych partnerów.
Zapewne niewielu Polaków kojarzy markę Genworth Financial. Tymczasem 1,5 mln z nich jest przez tę amerykańską firmę ubezpieczonych. W 2008 r. ich liczba wzrosła o 800 tys. Nieznajomość marki wynika z tego, że Genworth jest wyspecjalizowany w bancassurance. Nie dociera do klienta detalicznego, a jego polisy sprzedają instytucje finansowe, niejako przy okazji.
Główną linią biznesową są ubezpieczenia płatności (np. spłaty kredytu w razie śmierci lub wypadku). Drugą ubezpieczenie straty finansowej (tzw. GAP), które w razie kradzieży samochodu pokrywa różnicę między odszkodowaniem a pozostałym do spłaty kredytem. Ostatnią — ubezpieczenia niezwiązane z produktami finansowymi, np. ubezpieczenie dochodów czy stałych płatności dla tracących pracę. Bezrobocie sprawiło, że niektóre towarzystwa wyhamowały sprzedaż takich polis. Genworth też czuje skutki kryzysu.
— Szkodowość rośnie, bo więcej osób traci pracę, a poza tym nasz portfel rośnie dynamicznie. Mimo kryzysu i wzrostu bezrobocia nie wycofaliśmy się ze sprzedaży ubezpieczeń ryzyka utraty pracy. Prowadzimy poważne rozmowy w sprawie takich polis i liczymy, że w tym roku zaczniemy je sprzedawać przynajmniej z jednym nowym bankiem — mówi Marat Nevretdinov, szef Genworth Financial w Polsce.
Partnerów szuka też wśród innych firm chcących zabezpieczyć spłatę należności.
— Już rozmawiamy z telewizjami kablowymi, telekomami, energetyką. Powoli doceniają, że to może być droga do uzyskania przewagi konkurencyjnej. Ale na dynamiczny rozwój rynku trzeba poczekać kilka lat — mówi Marat Nevretdinov.
Firma zwiera szyki.
— Plan na ten rok to utrzymać pozycję rynkową, według naszych szacunków jesteśmy w trójce największych graczy bancassurance. Chcemy przygotować się na moment, gdy odżyje rynek kredytów. Szacuję, że w tym roku wartość rynku bancassurance spadnie o 20 proc., w przyszłym się nie zmieni. Za to w 2011-13 będzie rósł średnio o 20-25 proc. rocznie i na to chcemy być gotowi — mówi Marat Nevretdinov.
Łatwo nie będzie, bo rynek bancassurance jest jeszcze w Polsce mały, a konkurencja — przeciwnie.
— Oficjalny przypis mówi o 18 mld zł w 2008 r., ale zdecydowana większość to poliso-lokaty, które trzeba wyłączyć. Rynek prawdziwego bancassurance oceniam na 2-2,5 mld zł rocznie. Ale będzie dynamicznie rósł, bo w Europie ubezpieczenia stanowią 8-10 proc. PKB, a w Polsce 4,5 proc. Polska jest też specyficznym rynkiem, bo bancassurance zajmują się wszyscy ubezpieczyciele. Oprócz wyspecjalizowanych również uniwersalni. Na świecie docenia się specjalizację — mówi Marat Nevretdinov.