Jeśli chodzi o te ostatnie to jego przeciwnicy (takowi znaleźli się zarówno wśród demokratów, jak też republikanów) używali różnorakiej argumentacji. Głosujący na „nie” republikanie zarzucali ustawie m.in. brak wprowadzenia obowiązkowych ubezpieczeń dla papierów wartościowych emitowanych w oparciu o kredyty hipoteczne. Niektórzy z nich chcieli także, aby banki nie musiały już stosować wyceny aktywów na bazie ich rynkowej wartości, ale by wartość ta była ustalana przez regulatorów. Za takim żądaniem stoi przekonanie, że spanikowane rynki zaniżają ceny, które nie odzwierciedlają fundamentalnej wartości poszczególnych aktywów. Wielu republikanów, którzy głosowali przeciw ustawie nie zgadza się z samą ideą kupowania przez państwo toksycznych aktywów i obciążania podatników kosztami ratowania banków. Z kolei demokraci głosujący przeciw przedstawionym rozwiązaniom zarzucają im niewystarczający nadzór nad wydatkowanie publicznych pieniędzy oraz brak rozwiązań wspierających właścicieli mieszkań przejmowanych przez banki. Niektórym nie podobają się również rozwiązania przewidujące objęcie planem ratunkowym także nie-amerykańskich instytucji mających duże zaangażowanie na amerykańskim rynku. Po obu stronach są również tacy, którzy uważają, że pośpiech może tylko zaszkodzić i że lepiej byłoby odłożyć o kilka tygodni głosowanie nad planem tak, aby mógł on zostać dopracowany. Ta różnorodności argumentów mogłaby sugerować problemy z osiągnięciem konsensu, gdyż wprowadzenie zmian zadowalających część przeciwników planu może doprowadzić do utraty części głosów tych, którzy w poniedziałek zagłosowali na „tak”. Wydaje się jednak, że to nie szczegóły planu były kluczowe dla jego odrzucenia. Zachowanie niektórych kongresmanów ma najprawdopodobniej drugie dno, a cały informacyjny szum wokół głosowania nie oddaje rzeczywistych intencji. Kluczowe dla poniedziałkowej decyzji wydają się względy polityczne. 4 listopada odbędą się w USA wybory do obu izb kongresu. Tak się złożyło, że sprawa ratowania Wall Street stała się jednym z bardzo istotnych punktów przedwyborczych rozgrywek. Na niekorzyść planu zadziałało to, że większość społeczeństwa jest mu przeciwna. Wydaje się, że to właśnie opinia społeczna skłoniła wielu głosujących do bycia na „nie”. Trudno uwierzyć, aby najbliższe kilkadziesiąt godzin wystarczyło, aby ich przekonać. Ten czas może się jednak okazać wystarczająco długi do tego, aby ich przestraszyć konsekwencjami braku działań. Nie bez powodu bowiem po upadku planu wzmogły się głosy, że jest on mniejszym złem, nie tylko dla Wall Street, ale także dla zwykłych obywateli. Pomóc w przekonaniu do takiej tezy mogą też nastroje na rynkach finansowych.
Andrzej Halesiak, zastępca dyrektora Departamentu Analiz Ekonomicznych Banku
BPH