Dyskusja na temat zakazu handlu w niedziele i święta trwa. Koalicjanci, powołując się na trzecie przykazanie, domagają się zamknięcia sklepów w „dni święte”. Z tym, że mniej radykalna część posłów dopuszcza możliwość pracy obiektów zatrudniających do pięciu osób lub znajdujących się np. na dworcach kolejowych, w portach lotniczych, na stacjach benzynowych albo w miejscach odwiedzanych przez turystów.
Dużo się mówi o ewidentnej niezgodności całego pomysłu z konstytucją oraz o niebezpieczeństwie zmniejszenia liczby miejsc pracy. Jednak ewentualne wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę utrudni też działanie przedsiębiorstw, jakimi są centra handlowe.
Jeśli bowiem zabroni się handlu w placówkach z obsadą powyżej 5 osób, to oprócz super- czy hipermarketów zamknięte zostaną m.in. sklepy sieciowe z modną odzieżą czy sprzętem AGD RTV. To właśnie one ściągają klientów do obiektu, a przy nich znajdują się mniejsze placówki oferujące artykuły uzupełniające — np. sklepy z biżuterią, bielizną, obuwiem. Brak magnesu sprawi, że klient po prostu nie przyjdzie. Skoro nie można kupić kostiumu, to po co w ciemno kupować buty?
Jeszcze więcej zamieszania wprowadzi pozwolenie na pracę sklepów w miejscach określonych jako „turystyczne”. To oznaczać może zachowanie status quo. Bo czy Warszawa albo Kraków nie są celem przyjazdów turystycznych? Katowice też mają szanse na status miasta atrakcyjnego dla odwiedzających. Wiele koncertów gwiazd muzyki odbywa się bowiem w tamtejszym Spodku!
Pytania można by mnożyć. Co z pracą kin, restauracji itd.?
Na szczęście pojawia się nadzieja, że trzeszcząca w szwach niby-koalicja przez jakiś czas skoncentruje się na ratowaniu swego bytu i powoływaniu kolejnych komisji, kwestię zakazu handlu zostawiając na potem.