Rosną dysproporcje dochodowe w krajach UE, a więc zwiększa się liczba osób korzystających z różnego rodzaju pomocy społecznej. Jest też coraz więcej konfliktów i klęsk, które wymagają pomocy humanitarnej, a w Unii przybywa uchodźców, wspieranych przez państwo. Dlatego, zdaniem Bartosza Urbaniaka, członka zarządu Banku BGŻ BNP Paribas, polscy spożywcy powinni się bliżej przyjrzeć kategorii żywności produkowanej na te potrzeby.

Inaczej niż w sklepie
— Rośnie popyt na żywność produkowaną z myślą o pomocy, a producenci powinni się do tego przygotować. Jako Polska mamy wiele atutów, które czynią nas naturalnym producentem tego typu żywności. Specjalizujemy się w relatywnie taniej i prostej produkcji, a do tego mamy moce umożliwiające wytwarzanie dużych wolumenów. Nasze firmy mają tu sporo do ugrania, jednak dopiero zaczynają się tym interesować — uważa Bartosz Urbaniak.
Podkreśla, że produkcja pomocowej żywności różni się od zaopatrywania sklepowych półek. — Mówimy o ogromnych wolumenach zunifikowanego towaru, który musi dobrze znosić transport, mieć dłuższe daty ważności, formę wygodną do podziału i wydania pojedynczym osobom. Żywność musi też odpowiadać smakowo mieszkańcom różnych części świata i być łatwa w przygotowaniu do spożycia, bo w obozie dla uchodźców nikt nie będzie wkładał produktu do piekarnika — wyjaśnia członek zarządu BGŻ BNP Paribas.
ARR i... nic
Ekspert tłumaczy, że stroną takiego kontraktu jest solidny płatnik, np. ONZ, który zamawia ogromne ilości, co czyni takie dostawy jeszcze bardziej atrakcyjnymi dla producentów. UE podaje, że średnio przeznacza na pomoc humanitarną 1 mld EUR rocznie. W 2013 r. 40 proc. tej kwoty stanowiła właśnie żywność. Do tego dochodzi pomoc wewnątrz UE, którą polscy spożywcy znają z przetargów organizowanych przez Agencję Rynku Rolnego (ARR) (85 proc. funduszy pochodzi z Unii, a 15 proc. z pieniędzy krajowych). — Znamy tę część rynku i widzimy tu potencjał. Na razie bierzemy udział w przetargach organizowanych przez ARR. To jednak kropla w morzu całej pomocy
humanitarnej. Jako duży producent żywności powinniśmy zabiegać o to, żeby w ramach wsparcia dla różnych części świata przekazywane były towary rolno- -spożywcze, a nie pieniądze. Dodatkowo pomogłoby to ściągnąć nadwyżki produkcyjne z niektórych rynków — mówi Dariusz Sapiński, prezes Mlekovity. Piotr Kulikowski, prezes Indykpolu, przyznaje, że temat produkcji żywności na cele humanitarne jest mu znany, ale teoretycznie. — Pojawia się coraz więcej informacji, że to rynek, którym należy się zainteresować, bo oprócz unijnych czy państwowych instytucji coraz większego wsparcia udzielają fundacje zakładane przez milionerów i miliarderów. Temat znam jednak z haseł, w praktyce się z nim nie spotkałem. Być może to kwestia specyfiki naszego produktu — świeżego mięsa — twierdzi Piotr Kulikowski.
— Widzimy w tej kategorii duży potencjał, czasami uczestniczmy w przetargach. Problemem jest dostęp do informacji o zapotrzebowaniu. Nie wiemy o żadnych przetargach z wyjątkiem ogłaszanych przez ARR. Brakuje instytucji , która zbierałaby dane o tym, kto i gdzie, nie tylko w Polsce, poszukuje żywności tego typu. Taki wyspecjalizowany podmiot bardzo pomógłby branży — dodaje Bogusław Kowalski, prezes Graala.