Idee Keynesa odchodzą do lamusa

  • Jacek Kowalczyk
opublikowano: 29-11-2012, 00:00

Jeden pożyczony dolar przyczynia się do wzrostu gospodarczego 50 razy mniej niż 60 lat temu.

Idzie kryzys? Sprawa jest prosta: zaciągnij dług i wydawaj jak najwięcej pieniędzy na drogi, czołgi i szpitale. Ludzie będą mieli więcej pracy i kryzysu nawet nie zauważą. Taka keynesowska recepta na kryzys (od nazwiska jej twórcy, brytyjskiego ekonomisty Johna Maynarda Keynesa) od dekad wykorzystywana jest przez rządy państw na całym świecie.

Wydatki publiczne danego kraju mają jednak coraz mniejszy wpływ na jego aktywność ekonomiczną. Pompowane w gospodarkę pieniądze pomagają jej w coraz mniejszym stopniu — przekonuje Michal Valentik, główny strateg inwestycyjny Generali PPF Invest.

Analityk zbadał wpływ wydatków publicznych w USA na wzrost gospodarczy kraju. Według jego wyliczeń, w latach 1947-52 każdy pożyczony, a następnie wydany przez rząd dolar wytworzył w gospodarce kolejnych 4,61 USD. Czyli wydatki rządowe — dzięki efektom mnożnikowym — wywołały w całym systemie gospodarczym prawie pięciokrotnie wyższy popyt. Dziś ten „zwrot z inwestycji” to zaledwie 8 centów na każdego dolara, czyli rządowe wydatki tylko w niewielkim stopniu poprawiają koniunkturę.

— Korelacja między wydatkami publicznymi w USA i wzrostem gospodarczym kraju stopniowo zanika. Narzędzie, jakim jest dla rządów państw polityki wydatkowa, jest po prostu coraz mniej skuteczne. Zwiększone wydatki w coraz mniejszym stopniu stymulują wzrost gospodarczy — mówi Michal Valentik. Dlaczego tak się dzieje?

Według ekonomisty, to skutek przede wszystkim tego, że państwa są coraz bardziej zadłużone. Jeśli rząd chce zwiększyć w czasie kryzysu wydatki publiczne, musi zaciągać kolejne, nadmierne długi. Podnosi to obciążenia fiskalne dla firm i gospodarstw domowych do tego stopnia, że muszą one rezygnować z części inwestycji i konsumpcji. Ponadto, efektywność takiej polityki spada, bo jej charakter znacząco odbiega już od pierwowzoru.

— W ostatnich latach rządy zwiększają wydatki głównie po to, żeby ratować upadające bankiczy firmy. W wielu przypadkach nie miały innego wyjścia, bo bankructwa największych banków mogłyby wpędzić świat w dramatyczny kryzys. Jednak rządy ratują w ten sposób firmy słabe i niekonkurencyjne. Trudno się więc dziwić, że efektywność takiego działania na dłuższą metę nie jest wysoka — mówi ekonomista Marek Zuber. W ostatnich czterech kryzysowych latach strategię keynesowską wcielają w życie przede wszystkim Stany Zjednoczone.

Zwiększyły w tym czasie dług z 10,6 do 16,3 bln USD, przeznaczając te pieniądze m.in. na ratowanie banków i firm przemysłowych, programy inwestycyjne i świadczenia socjalne. Polski rząd też czasem korzysta (choć w ograniczonym stopniu i czasem „niechcący) z polityki keynesizmu. W kryzysie z 2009 r. gospodarkę stymulowały (przyjęte już wcześniej) obniżki podatków i silny napływ funduszy unijnych, a w obecnej fali kryzysu rząd zamierza z nim walczyć za pomocą programu Inwestycje Polskie wartego 40 mld zł.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu