Słabe euro, ptasia grypa, kurczący się popyt — to zabija sektor drobiarski. A może być jeszcze gorzej.
Olsztyński przetwórca mięsa drobiowego zwiększył w I kw. sprzedaż o ponad 10 proc., do 184 mln zł, ale rezultat tego niewielki. Indykpol ledwo wyszedł na plus — zarobił 262 tys. zł, o 95,2 proc. mniej niż przed rokiem. Zarząd ma całą listę negatywnych czynników.
„Ten rok branża drobiarska rozpoczęła w trudnych warunkach. Z powodu ptasiej grypy spadł popyt na rynku krajowym, a słabe euro zmniejsza atrakcyjność eksportu. To sprawia, że coraz więcej wyrobów trafia na rynek krajowy, co zaburza relacje popytowo-podażowe” — tłumaczą przedstawiciele Indykpolu.
Ponadto jest jeszcze za wcześnie, żeby sektor odczuł pozytywne skutki zniesienia embarga na sprzedaż do Rosji i na Ukrainę, a wysokie ceny pasz uniemożliwiają redukcję kosztów.
„Jeśli taki stan się utrzyma dłużej, to najgorzej przygotowanym firmom grozi bankructwo” — uważa zarząd olsztyńskiej grupy.
I przyznaje, że Indykpol już nie zarabia na sprzedaży mięsa. Sytuację spółki ratują przetwory i mocna marka.
A może być jeszcze gorzej. Polska jako jedyna w Unii Europejskiej chce od 12 sierpnia wprowadzić zakaz stosowania pasz z udziałem produktów modyfikowanych genetycznie. Jest to szczególnie uciążliwe w przypadku soi, której nie da się praktycznie niczym zastąpić. Tymczasem soja niemodyfikowana to ledwie 15 proc. jej produkcji i jest ona o 30 proc. droższa od soi modyfikowanej.
„Jeśli ten przepis nie zostanie uchylony, uderzy to w cały sektor drobiarski, znacznie wzrosną ceny i tak już drogich pasz” — ostrzega Indykpol.