Jarosław Mulewicz: Integracja z Unią nie może być spowalniana
Niedawno w Brukseli odbyła się konferencja na temat „Nowe rynki — nowe szanse. Rozszerzenie Unii Europejskiej na przykładzie Polski”. Naszą stronę reprezentowała delegacja z udziałem m.in. ministra RRiB Jerzego Kropiwnickiego. Uczestnikami ze strony unijnej byli wysocy urzędnicy Komisji Europejskiej, zajmujący się naszą akcesją do UE.
Dyskutanci koncentrowali się na przygotowaniu Polski do członkostwa w Unii, w tym zwłaszcza na terminach i kosztach tego dostosowania. Nie było zaskoczeniem, że zgodnie wskazywano na to, iż nasze ambicje jak najszybszej akcesji rodzą pilną konieczność stworzenia w Polsce praktycznych warunków do szybkiego i nieskrępowanego rozwoju gospodarki oraz adaptacji naszych firm do warunków unijnych.
Jak dowodzi praktyka państw członkowskich oraz logika postępowania kraju kandydującego — pragnącego podwyższyć swoją konkurencyjność i przyciągnąć inwestorów zagranicznych — jednym z filarów rozwoju musi by infrastruktura komunikacyjna i telekomunikacyjna. Ta druga powinna umożliwiać firmom szybki i tani dostęp do transmisji danych, w tym głosu. Oznaczałoby to istotne obniżenie kosztów polskich przedsiębiorstw i zwiększenie ich konkurencyjność wobec unijnych rywali.
Temu celowi miało służyć — tak długo oczekiwane — wejście w życie z dniem 1 stycznia nowego prawa telekomunikacyjnego. Zdecydowanie liberalizuje ono dotychczasowe ograniczenia oraz przewiduje zniesienie monopolu na łącza międzymiastowe w końcu roku 2001, a na międzynarodowe — w końcu roku 2003. Jakie ma to praktyczne znaczenie? Bardzo duże. Wystarczy spojrzeć na rachunki telefoniczne polskich firm i nasz niechlubny, drugi po Japonii najdroższy na świecie, dostęp do Internetu.
Po zaledwie trzech tygodniach obowiązywania ustawy, 23 stycznia rząd przygotował projekt jej pilnej nowelizacji. Pretekstem stała się konieczność ograniczenia możliwości międzynarodowej transmisji danych przez PolGaz Telekom, dysponujący światłowodem wzdłuż polskiego odcinka gazociągu jamalskiego. Rządowa propozycja zakłada, że liberalizacja w ruchu międzynarodowym nie nastąpi do czasu przystąpienia Polski do UE! Oznacza to wydłużenie monopolu Telekomunikacji Polskiej o kilka lat. Warto przypomnieć, iż średni koszt minuty połączenia telefonicznego ze Stanami Zjednoczonymi wynosi w Polsce 50 centów, zaś w Wielkiej Brytanii, gdzie rynek jest już zderegulowany — jedynie 10 centów. Podobne proporcje występują w przypadku innych połączeń zagranicznych oraz ciągle chronionych przez państwo połączeń krajowych.
Powraca sprawa kosztów adaptacji polskich firm do warunków UE. W jaki sposób mają one stawać się konkurencyjne wobec unijnych odpowiedników, skoro infrastruktura telekomunikacyjna kosztuje je kilka razy drożej? Nic dziwnego, że uczestnicy konferencji w Brukseli nie mogli pojąć, iż rząd polski nie dostrzega, że korzyści z utrzymywania ograniczeń są iluzoryczne. A paradoks jest tym większy, iż — jako państwo kandydackie — z jednej strony zabiegamy o środki pomocowe na adaptację do wymogów UE, a z drugiej — sami zwiększamy koszty dostosowywania polskich firm do standardów unijnych, pogarszając ich i tak niską konkurencyjność wobec podmiotów unijnych.
Zalety interwencjonizmu państwowego oraz ograniczeń w wolnym handlu i współpracy międzynarodowej podkreślał minister Kropiwnicki, wypowiadając się — jak twierdził — jako… osoba prywatna. I to chyba można uznać za pointę. Jak stwierdzono w toku dyskusji — chodzi właśnie o to, aby firmy znajdowały się w sytuacji petenta zabiegającego o rozluźnienie gorsetu ograniczeń i o środki pomocowe, zaś administracja pozostała tym, który dzieli i rządzi! Tylko czy taki — bardziej wschodni niż zachodni — model ekonomiczny wprowadzi nas do zjednoczonej Europy?