Inwestorzy wpadli w panikę
Rynek międzybankowy nie reagował ostatnio na słowne interwencje członków RPP i ministra finansów. Ta sztuka udała się dopiero Leszkowi Millerowi. Lider SLD jedną wypowiedzią osłabił kurs złotego, który spadł do najniższego w tym roku poziomu 4,32 za dolara wobec 4,03 zł na otwarciu i 3,57 zł za euro przy 3,39 zł rano.
Po porannym głosowaniu w Sejmie, w wyniku którego Aldona Kamela-Sowińska zachowała stanowisko ministra skarbu, złoty umocnił się o 1 grosz, do poziomu 4,04 zł za dolara. W tym momencie nic nie wskazywało na to, że rynek walutowy czeka rewolucja. Komentarz Leszka Millera stał się dla inwestorów pretekstem do wyprzedaży złotego. Kurs spadł do najniższego poziomu w tym roku — w trakcie sesji dolara wyceniano na 4,30 zł. Analitycy mówili już o panice na ryku, ale później nastąpiło ochłodzenie nastrojów. Złoty zaczął odrabiać straty. Marsz w górę zatrzymał się na kwocie 4,19 zł za USD.
Wyprzedaż rodzimej waluty prowadzili zarówno inwestorzy krajowi, jak i zagraniczni. Teoretycznie nie było powodu do spadku wartości złotego, ale w obliczu pogorszenia ogólnego klimatu gospodarczego deprecjacji złotego można było oczekiwać w każdej chwili. Zdaniem analityków, złoty będzie nadal tracił na wartości. Nie należy jednak oczekiwać dalszej gwałtownej deprecjacji polskiej waluty. Napływ środków z zagranicy z tytułu planowanej prywatyzacji PKN Orlen, TP SA i Rafinerii Gdańsk ustabilizuje ten proces.