Politycy optymistycznie zakładają, że rynek nie zareaguje na zmiany w regulacjach spreadów walutowych. Ostatecznie i tak górą będą banki
Banki już szukają sposobu na wygranie wojny o spready. Podpowiadamy kredytobiorcom, jak mimo wszystko mogą płacić mniej.
Prace nad nowelizacją ustaw o kredycie konsumenckim i prawie bankowym toczą się w ekspresowym tempie. Wszystko wskazuje na to, że już za kilka tygodni osoby zadłużone we franku czy euro będę mogły spłacać kredyt samodzielnie w walucie, bez konieczności podpisywania aneksu do umowy i ponoszenia z tego tytułu dodatkowych kosztów.
Błędne założenie
Zmiany to wynik kompromisu między PSL (optował za najkorzystniejszą dla klientów spłatą po średnim kursie NBP i objęciem regulacjami wszystkich kredytobiorców) i Platformą Obywatelską, która nie zgodziła się na pierwszy z pomysłów koalicjanta, ale zaakceptowała drugi. Od siebie dodała zapis o zakazie pobierania przez banki opłat za aneksowanie umów.
Wicepremier Waldemar Pawlak triumfalnie oznajmił, że klienci nie będą musieli ponosić kosztów z tytułu spreadów. Te w niektórych bankach są rzeczywiście bardzo duże (patrz obok), ale nowe przepisy wcale nie muszą wiele zmienić w sytuacji kredytobiorców.
Rozgorączkowani politycy nie biorą bowiem pod uwagę bardzo prawdopodobnych konsekwencji nowych regulacji. Zakładają, że rynek nie zareaguje na zmiany w regulacjach spreadów walutowych. To błąd. Banki znajdą sposób, by odzyskać utracone korzyści. Kantory też zareagują na zmieniające się przepisy.
Szturmu nie będzie
W reakcji na zwiększony popyt na franki wzrosnąć mogą spready w kantorach. Paweł Czapla, właściciel kilku krakowskich kantorów, przyznaje, że już po wprowadzeniu w połowie 2009 r. możliwości samodzielnej spłaty kredytów w walucie obcej (po podpisaniu aneksu), zdecydował się na podniesienie spreadu średnio o około 1,5 grosza.
— Było to efektem zwiększenia popytu, przy ograniczonej dostępności franka na rynku. Ilość klientów wzrosła wtedy o 70-100 proc. Liczyliśmy, że będzie to skok trzy-czterokrotny — mówi Paweł Czapla.
Teraz też nie spodziewa się szturmu na kantory, bo jego zdaniem — podobnie jak dwa lata temu — banki znajdą sposób, by dodatkowymi kosztami zniechęcić kredytobiorców do korzystania z przepisów, które już wkrótce mają wejść w życie.
Zgadza się z nim Paweł Szyba, prezes działającej na Dolnym Śląsku sieci kantorów Gant.
— Bankom będzie grozić odpływ części dochodów, więc można w ciemno obstawiać, że spróbują ich poszukać gdzie indziej — mówi Paweł Szyba.
Gdzie? Albo wprowadzą prowizje za obsługę kasową, albo podwyższą spready w obrocie walutowym z kantorami. Bo rynek międzybankowy — pośrednio przez banki właśnie — to drugie miejsce (obok skupu walut od klientów), w którym kantory kupują franki.
Martwy przepis?
Bardzo prawdopodobne więc, że banki dostosują się do nowych przepisów, ale jednocześnie więcej będą zarabiać na obrotach z kantorami. Te, by również zarobić, będą zmuszone do podwyższenia spreadów. Im większy będzie popyt ze strony klientów, tym spready będą wyższe. I koło się zamknie, a klienci zniechęceni mizernymi oszczędnościami z zakupów w kantorach powrócą do tradycyjnej formy spłaty rat. Przepis pozostanie martwy.
Bankowcy liczą ponadto, że klientom nie będzie się opłacało tracić czasu i ponosić dodatkowych kosztów, np. dojazdu do kantoru, by miesięcznie zaoszczędzić kilkanaście czy kilkadziesiąt złotych. Piotr Zawadzki, szef hipotek w Nordea Banku, mówił w "PB", że z danej w 2009 r. możliwości samodzielnej spłaty skorzystało tylko kilka procent klientów. Część z nich z czasem — zapewne przez wspomniane uciążliwości — zdecydowała się wrócić do dawnych warunków spłaty, czyli przelewu.
Rozliczaj bezgotówkowo
Na szczęście jest na to sposób. Kantory (przede wszystkim te większe, tworzące sieci) dają już możliwość bezgotówkowego rozliczania wymiany walut.
— Po wcześniejszym podpisaniu umowy klient telefonicznie ma możliwość zlecenia zakupu franków po ustalonym kursie. Następnie przelewa ustaloną sumę złotych na konto bankowe kantoru, a my wykonujemy przelew franków na wskazane konto w banku — mówi Paweł Czapla.
Podobną usługę świadczy też Gant. Jego prezes Paweł Szyba twierdzi, że takie transakcje stają się coraz bardziej popularne. Zwraca jednak uwagę, że kosztami przelewu obciążany jest klient. Niektóre banki każą sobie także płacić za przyjęcie na rachunek przelewu walutowego. Koszty mogą więc w sumie sięgać od kilkunastu do kilkudziesięciu złotych, w zależności od banku. Żeby je zminimalizować, warto poszukać kantorów, które bliżej współpracują z bankami.
— W bankach, z którymi współpracujemy, koszty przelewów są relatywnie niewielkie — mówi Paweł Szyba.
Przyznaje jednak, że w innych przypadkach koszty mogą przekraczać ewentualne korzyści. Już w 2009 r., kiedy wprowadzono możliwość samodzielnej spłaty rat we frankach, część banków nie dała możliwości wpłat waluty w kasach, tylko przelewem na specjalnie utworzone konto. Jak szacowała wówczas firma doradcza Expander, opłaty za przesłanie pieniędzy sięgały nawet 200 zł, a doliczyć trzeba było jeszcze opłatę za prowadzenie konta.
Okiem eksperta
Banki sobie poradzą
Tomasz Bursa, analityk Ipopema Securities
Według moich obliczeń, gdyby wszyscy kredytobiorcy zdecydowali się na spłacanie rat w obcej walucie, to giełdowe banki utraciłyby nieco ponad 1,5 proc. zysku brutto sektora. To nie jest dużo, choć oczywiście można przypuszczać, że w bankach będzie pokusa, by zasypać tę lukę przychodami z innych źródeł. Ostatecznie wszystko będzie zależeć od aktywności klientów i tego, czy będą korzystali z nowych regulacji.
Nie można wykluczyć, że sytuację będą chciały wykorzystać te banki (jak Handlowy czy Pekao), w których spread jest niższy od średniej rynkowej, i oferować rozliczenia walutowe dla klientów posiadających kredyty w droższych bankach.