Minęły czasy, kiedy dyżurnym tematem w energetyce była prywatyzacja. Przepychanki między licznymi (zagranicznymi i nie tylko) inwestorami, wielkość i cena sprzedawanych przez ministra skarbu pakietów akcji, negocjacje, umowy, przetargi, słowem: kto, kogo i za ile? — głównie o tym mówiło się podczas ulubionych przez tę branżę seminariów, sympozjów, targów i kongresów (średnio jedna impreza tygodniowo). Dziś, kiedy z przedostatniego przetargu uciekli przedostatni inwestorzy, możemy tylko z nostalgią wspominać tłuste lata, dyskretnie osuszając chusteczką wilgotny kącik oka.
Choć tak naprawdę, sądząc po nastrojach panujących w branży energetycznej, płakać po zdetronizowanej Królowej Prywatyzacji będą tylko nieliczni. Jeszcze ciepłe miejsce szybciutko zajęła Jej Wysokość Konsolidacja, którą już od pewnego czasu można było dostrzec kręcącą się w pobliżu tronu.
Nowa władczyni ma bezpiecznie wprowadzić branżę na szerokie wody rynku europejskiego. Firmy energetyczne — wzmocnione przez powiększenie — będą teraz dynamicznie się rozwijać, podnosić efektywność i poprawiać jakość obsługi klienta — wykazując w dodatku wysoce pożądaną przez państwowego właściciela dbałość o „interes społeczny”. Bez odpowiedzi pozostaje tylko pytanie: dlaczego tych szczytnych celów (no, może z wyjątkiem „dbałości o interes”) nie udało się osiągnąć bez konsolidacji? A skoro nie udało się „bez”, to niby dlaczego „z” ma się udać?