Panie premierze, szukanie oszczędności w administracji to iluzja, a nie prawdziwa reforma — mówią ekonomiści.
Wkrótce minie pół roku pracy rządu Donalda Tuska, a reformy gospodarcze wciąż są odległą perspektywą. Przyznają to nawet członkowie rządu. Wczoraj Elżbieta Chojna-Duch, wiceminister finansów, powiedziała, że zmiany w podatkach będą liczne, ale nie będą miały charakteru systemowego, nie będą „wielką reformą”. Wcześniej, m.in. na łamach „PB”, o coraz mniejszych szansach na reformę finansów publicznych mówił Stanisław Gomułka, odchodzący wiceminister finansów.
Tymczasem Donald Tusk zapewnia, że szuka oszczędności. Z pomocą ministrów chce w wydatkach na administrację znaleźć 7-8 mld zł. Pieniądze są, ale nie tu — twierdzą ekonomiści.
— Zdobycie tak dużej kwoty tylko przez ograniczenie kosztów funkcjonowania ministerstw jest absolutnie nierealistyczne. Takie oszczędzanie to iluzja — mówi prof. Jan Winiecki, doradca ekonomiczny West LB Bank Polska.
Jego zdaniem, pod nóż powinny pójść nie wydatki administracji, ale niektóre działania przez nią realizowane.
— Na przykład sama likwidacja KRUS pomoże finansom państwa niewiele. Dopiero ograniczenie niesprawiedliwych przywilejów byłoby reformą. A pole do działania dla rządu jest duże — wcześniejsze emerytury powinny być zlikwidowane, a pomostowe ograniczone do minimum. Dodatkowo około 15 mld zł każdego roku przyniosłoby skuteczne ograniczenie wyłudzania rent inwalidzkich — wylicza prof. Winiecki.
W prawdziwą walkę z marnotrawieniem pieniędzy nie wierzy też Marek Zuber, główny ekonomista Dexus Partners.
— Jeśli rząd będzie bardzo chciał, to znajdzie kwotę, o której mówi. Ale nie będą to oszczędności, lecz pieniądze zdobyte przez zaniechanie inwestycji. Bez zmian w finansach publicznych nie uda się zdobyć tak dużej sumy — mówi Marek Zuber.
Słabnące nadzieje na zmiany systemowe znajdują już odbicie w ocenie naszej gospodarki. Kai Stukenbrock, analityk Standard and Poor’s, przyznał w rozmowie z PAP, że zaniechania rządu mogą w przyszłości doprowadzić do obniżenia oceny dla Polski.
— Reformy nie są podejmowane. Jeśli ich nie dostrzeżemy, możemy odwlekać w czasie decyzję o ewentualnym podniesieniu ratingu dla Polski. Jeśli wyniki gospodarcze i fiskalne nie poprawią się w średnim okresie, teoretycznie mogłoby to prowadzić nawet do obniżenia perspektywy — mówi Kai Stukenbrock.
Jeśli to się sprawdzi, po kieszeni dostaną wszyscy.
— Im słabsza ocena, tym większy koszt obsługi naszego zadłużenia. A ten finansowany jest z pieniędzy podatnika — tłumaczy Marek Zuber.