Kaspijskie mrzonki odchodzą w niebyt

Jacek Zalewski
opublikowano: 2010-01-15 00:00

Zamiast piątego już szczytu energetycznego prezydentów Polski, Gruzji, Azerbejdżanu, Ukrainy i Litwy, wczoraj w gruzińskim Batumi zebrał się tylko szczebel ministerialny. Powodem odwołania szczytu głów państw stały się niedzielne wybory prezydenckie na Ukrainie, w których Wiktor Juszczenko nie ma szans na przejście do drugiej rundy. Ale termin ten znany był od wielu miesięcy, zatem wychodzi na to, że Micheil Saakaszwili chciał po prostu pożegnać druha, jednak w ostatniej chwili obaj prezydenci z takiej formy zrezygnowali.

Bez względu jednak na szczebel i skład uczestników cała ta inicjatywa — zainaugurowana przez Lecha Kaczyńskiego w 2007 r. w Krakowie — nie ma perspektyw. Podobnie zresztą, jak narady szefów rządów w tej samej sprawie. Kaspijska ropa płynąca z ukraińskiego terminalu w Odessie przez Brody do naszego Płocka — a dosłownie do spinki z istniejącą nitką ropociągu Przyjaźń idącą od Białorusi — jest po prostu mrzonką.

Wynik wyborów na Ukrainie zapewne rozstrzygnie na wiele lat, że dotychczasowy kierunek przesyłu ropy od Brodów do portu w Odessie — ale rosyjskiej, a nie kaspijskiej — zostanie utrzymany. Powód jest bardzo prozaiczny — otóż do wyimaginowanej ropy azjatyckiej Polska czy Litwa dostępu nie mają i nie dostaną! Złoża Azerbejdżanu po naszej stronie Morza Kaspijskiego są zbyt ubogie, natomiast leżące na jego drugim brzegu Kazachstan i Turkmenistan jawią się dostawcami nie potencjalnymi, nie hipotetycznymi, lecz czysto wirtualnymi.