O maratonie, starym Tarpanie, jajkach i truskawkach, o grze w WarCrafta i wielkim biznesie opowiada nieco zasapany Piotr Bieliński.
Ma opinię najbardziej wyluzowanego menedżera w branży IT. Teraz się poci, choć klimatyzowany audi stoi w garażu. Rower ma niekiepski: Scott. Zresztą powinien być symbolem jego firmy. Nie tylko dlatego, że Action sponsoruje najlepszą zawodową grupę kolarską w kraju.
— Na początku towar woziliśmy ze wspólnikiem na rowerach. Ze znajomej hurtowni wracaliśmy z rzeczami w plecakach. Długo — wspomina swój pierwszy biznes Piotr Bieliński, szef Action.
Smykałka do handlu. Już jako pędrak w podstawówce wybierał się rowerem do Pionek — po kasety i płyty Maanamu czy Perfectu, które sprzedawał na „perskim” przy stadionie Spójni. Z niezłą górką.
— W sklepach stały wielogodzinne kolejki, a i tak sprzedawano nie więcej niż kilka sztuk. No i wpadłem na pomysł, że prościej pojechać do tłoczni płyt i tam kupić ich, ile wlezie do plecaka — tłumaczy.
Jak się wkrótce okaże, wcale nie był to najoryginalniejszy biznes młodego Bielińskiego.
Sport na piedestale
W szkole Bieliński nie był orłem, choć — twierdzi — głupi nie jest i w lot wszystko łapie. Do ogólniaka zdał w cuglach. I szybko z niego wyleciał.
— Poległem na języku rosyjskim. W podstawówce odrabiałem na nim inne lekcje, ale w liceum nauczycielka okazała się zołzą totalną, kazała wierszyki recytować, wypracowania pisać. Tragedia… W domu zawsze było patriotycznie, wciąż mówiło się o Solidarności, były bibuły, więc rosyjskiego nie darzyłem estymą. Skończyło się dwójką na półrocze — wspomina Bieliński.
Wylądował w zawodówce.
— Rodzice byli załamani tym „awansem”. Ale tato podszedł do sprawy na luzie: albo będziesz kimś, albo czeka cię kopanie rowów. I ja dzisiaj to samo synom mówię — przyznaje.
Potem technikum mechaniczne Konarskiego. Twórca jednej z największych firm IT jest z wykształcenia mechanikiem, a nie informatykiem czy choćby magistrem ekonomii. Ale i tak lepszy był z niego sportowiec niż mechanik.
— Szkoła nie była moim konikiem... Mając 16 lat, zacząłem trenować. Na Legii. Biegałem 1500 metrów. Tam poznałem przyszłą żonę — Anię. Startowała w maratonie — opowiada Bieliński.
Sukcesy nastolatka: po trzech latach pierwsze „blaszki” (czyli medale).
— Postawiłem wszystko na sport. Ale coś za coś: albo sport, albo nauka. Mój nauczyciel WF w I klasie technikum zapowiedział, że na koniec roku będę miał dwójkę, bo nic nie robię. A co miałem robić, skoro i tak trenowałem siedem dni w tygodniu po kilka godzin, jeździłem na zawody, medale dla szkoły zdobywałem? Skończyło się tak, że walnąłem drzwiami i powiedziałem, że będę mistrzem świata i uczyć się nie muszę — opowiada Bieliński.
Młodość! Ale fakt: mogło się udać, bo już wtedy nasz bohater miał najlepsze juniorskie wyniki na 1500 i 3000 m w Polsce. Trzykrotnie stawał na pudle. Z marzeń o olimpijskim medalu wyleczył go listonosz, wręczając kopertę: armia brała go w kamasze.
— Bardzo mi się tam nie podobało. Może dlatego — po roku życia w koszarach — ożeniłem się z Anią — wspomina Bieliński.
Dla sportowca większe spustoszenie niż armia może zrobić małżeństwo. I zrobiło.
— Fakt, skupiłem się na obowiązkach małżeńskich. Wkrótce straciłem stypendium z Legii, które miałem od 17. roku życia. I to niemałe, bo dwie pensje moich rodziców. Zostałem mężem bez kasy — wspomina Piotr.
Może to i dobrze…
Spostrzegawczy
Grudzień, dwa miesiące po wyjściu z woja. Mroźnego dnia, po treningu Bieliński wraz z kumplem poszli pod Halę Mirowską kupić jajka na święta. Zmęczeni byli.
— Patrzymy: są jajka. Ale kolejka na kilometr. Nie chciało nam się stać, więc poszliśmy szukać gdzie indziej. I znaleźliśmy — bez kolejki, za to droższe. Za wszystko, co mieliśmy w kieszeniach, kupiliśmy tych jajek i stanęliśmy obok tamtej kolejki. Nasze były droższe o połowę, ale takich jak my, którym stać się nie chciało, było wielu, więc w pół godziny wszystko sprzedaliśmy. Powtórzyliśmy to kilka razy i do wieczora zarobiliśmy kilkaset złotych — wspomina Bieliński.
Nazajutrz już kombinował, gdzie kupić jajka. Po dwóch tygodniach sprzedawał ich 10 tys. i tonę masła. Dziennie! Na jakiś czas skończył epizod ze sportem na rzecz nabiału.
— Na ulicy sprzedawałem. Z samochodu. Mieliśmy Tarpana. Wlewało się 40 l paliwa, co starczało na 100 km, bo ciekło z baku… Wieczorem kończyliśmy na sucho, rano dolewaliśmy. Nie było czasu na remont, trzeba było zarabiać — wspomina współwłaściciel spółki giełdowej.
Była jeszcze Syrenka Bosto. Trochę poskręcana, bo po wypadku z tramwajem na Towarowej.
— Chcieliśmy ją wyremontować i wozić towar. Ale nie udało się jej wyprostować. A moje prawo jazdy? Oblałem na manewrach, potem nie było czasu, bo wiecznie jeździłem na obozy sportowe. Dopiero kiedy firma miała trzy lata, wreszcie je dostałem i kupiłem sobie samochód. Wcześniej kierowcy jeździli po towar — mówi Bieliński.
Były pieniądze, więc Bieliński znowu zaczął myśleć o mistrzostwie świata. Przez trzy lata na własny koszt trenował wraz z żoną. Wrócił do formy, pobił życiowe rekordy. Marzenie o medalu przerwał przypadek.
— Przed zawodami przesadziłem na treningu i na zawodach miałem problem, żeby nie być ostatnim. Po prostu: zamiast sprzedać siłę w czasie rywalizacji, zrobiłem to dzień wcześniej. Moja głupota… — przyznaje.
I znowu „spożywka”. Bieliński miał trzy punkty.
— Najlepiej szedł handel przy zejściu z Marszałkowskiej na Trasę Łazienkowską, niedaleko sklepu Czesława Langa. Inne miejsca też były niezłe: w podziemiach przy Rotundzie i trzecie — przy Świętokrzyskiej, na miejscu dzisiejszego KTM. Tam rozstawiałem ludzi i dowoziłem towar. Codziennie po 1000 butelek śmietany, 10 tys. jajek, tona masła. Interes szedł świetnie. Do dzisiaj czuję sentyment do tamtych czasów, bo wtedy rozwój był wręcz cudowny. Potem, gdy związałem się z IT, już tak słodko nie było — wspomina Bieliński.
Pojedynki po nocach
Żony i narzeczone zapewne nie domyślają się, co ich faceci robią do późna w nocy przy komputerach. Albo mają rogate myśli. Wielu, bez względu na wiek, poświęca wieczory na gry komputerowe. Bieliński jest ich fanem, zwłaszcza tych online. Potrafi grać do drugiej w nocy. Żebyście słyszeli, z jaką pasją opowiada o levelach i gildiach w WarCrafcie, albo o nowych krainach, tworach czy questach w Lord of The Rings!
— Bywało, że grałem codziennie przez rok — od 20 do 2 w nocy. Kiedy nie mogłem, bo miałem spotkanie albo biznesową kolację, to sadzałem syna. W zastępstwie — opowiada Bieliński.
Rzesza menedżerów branży IT łupie w gry razem z nim, czasem są nawet w jednym teamie.
— Kilka razy spotkałem gości, którzy okazali się pracownikami Action albo konkurencji — dodaje Bieliński i zapisuje na serwetce adres swego serwera (no, wieczorem sobie pogramy).
A wszystko zaczęło się od komputera Atari.
— Marzyłem o nim. Z ojcem miałem układ, że jak zdobędę mistrzostwo Polski, to go dostanę. I dostałem! — wspomina gracz Bieliński.
Stał się fanem gier. Gier, których nie było wtedy wiele na rynku. Czasem w Peweksie. Częściej na giełdach komputerowych. Tam poznał takich jak on — zapaleńców od Atari i Sinclaira.
— Handel na mieście dzieliłem z giełdą komputerową przy Grzybowskiej, gdzie zaczynałem handlować tym i owym… Powoli wchodziłem w nowe środowisko — mówi Bieliński.
Wsiąkł na dobre. W 1991 roku wraz z kumplami: Olgierdem Matyką i Wojciechem Wietrzykowskim założyli firmę Action. Jej siedzibą i magazynem w jednym było małe mieszkanie Matyki, na III piętrze mrówkowca przy Sapieżyńskiej. Interes na giełdzie rósł. Wpierw jedno stoisko, potem drugie… A oferta? Na początku dyskietki i gry, potem twarde dyski, monitory. Wkrótce Action zwinął się z giełdy i wynajął niewielkie biuro i magazyn w bazie Transbudu na Woli. Dzięki układowi z jedną z dużych firm komputerowych — która miała olbrzymi kredyt kupiecki na Zachodzie, ale lichą dystrybucję w kraju — firma Bielińskiego zaczęła handlować kontenerami sprzętu komputerowego, nie mając żadnych kontaktów za granicą. W 1993 roku wprowadzono VAT na komputery.
— Wszyscy wiedzieli, że gdy VAT wejdzie, ceny pójdą w górę o 22 procent, więc wszystko szło jak świeże bułeczki. Na dwa miesiące przed „godziną 0” sprzedawaliśmy kontener dziennie — i to wprost z ulicy. Szał, każdy chciał zdążyć kupić taniej! Obracaliśmy kapitałem kilka razy dziennie. W maju i czerwcu prawie nie spaliśmy. W czerwcu mieliśmy obrót jak w ciągu całych dwóch lat. W lipcu, już po obciążeniu VAT-em, sprzedaliśmy dwie rzeczy: kabelek i myszkę — wspomina Bieliński.
Handel siadł. Na krótko. Firma Bielińskiego miała już tak pełną kasę, kontakty, a przede wszystkim klientów, że mogła grać już w lidze JTT — pod hasłem „mamy drożej, ale wszystko”.
Trzy lata później Action wziął udział w targach Komputer Expo. Fart, bo wrócił z umową na dystrybucję produktów Samsunga. Potem doszły inne roboty przy dystrybucji.
— I poszłooo! Z roku na rok obroty rosły o 50- -100 proc. Wszystko pakowaliśmy w firmę, w sieć dystrybucji, w ofertę, choć długo jeszcze nie mieliśmy ani nowoczesnego systemu sprzedaży, ani biura z klimatyzacją, ani samochodów metalik — przyznaje Bieliński, który sam mieszkał z żoną, dwójką dzieci i psem na 48 mkw. przy Chmielnej.
Późno zaczął odcinać kupony. Dopiero kilka lat temu przeniósł się do bliźniaka na Ursynowie.
Porażki? Kilka. Chociażby oddziały w Szwajcarii i Niemczech: nierentowne, bo niedoinwestowane. W internet też Action wszedł za późno. Ale do największej wpadki doszło trzy lata temu.
— Na samą myśl robi mi się słabo... W 2004 roku przenosiliśmy się do nowej siedziby w Zamieniu. W tym czasie firma, która wprowadzała u nas nowy system komputerowy, zrobiła to tak „mistrzowsko”, że dopiero po czterech miesiącach wiedzieliśmy, co mamy w magazynie i w jakiej cenie. Straciliśmy wtedy 60 proc. klientów. I to w trakcie „żniw” — w czwartym kwartale! Cztery cholerne miesiące wystarczyły, żebyśmy cofnęli się w rozwoju o dwa lata! — wspomina Bieliński.
Świat według…
— Wychodzę z dobermanem na spacer. Pies się gubi. Wracam do domu i mówię: zginął pies. Konkluzja Piotra: niemądra żona. Pies się znajduje i za trzy dni Piotr go wyprowadza. I znowu się gubi. Konkluzja Piotra: głupi pies — opowiada Anna Bielińska.
Morał tej historyjki? Piotr Bieliński z trudem klepie się w pierś, przyznając się do błędu. Woli to robić, gdy nikt nie widzi. Męskie ego? A jakże!
— Żywiołowy, wybuchowy, potrafi wystrzelić emocjami, a po chwili przyjść i — jak gdyby nigdy nic — zapytać, jak mija dzień. W domu to bywa nawet wygodne, nie ma cichych dni, niedomówień, ciężkiej atmosfery — wylicza Anna.
Niespokojny duch. Każdy, kto go zna, powie to samo: przy Bielińskim nie da się nudzić.
— Wprowadza rodzaj zamętu w nasze poukładane życie rodzinne. Ja, trójka dzieci, wszystko równiutko poustawiane i ustalone, nagle wpada i przewraca to do góry nogami jakimś pomysłem — mówi żona.
Choć bywa i tak, że nawet brak szalonego pomysłu potrafi zdrowo namieszać.
— Piotr namiętnie gra w gry komputerowe. Każda nowa gra na rynku to najlepsza forma antykoncepcji, bo wtedy męża „nie ma”. Jest przemęczony, godzinami siedzi w salonie, wpatrzony w ekran monitora, nie bacząc na życie wokół. Jego rytm ulega zmianie, panuje rozprzężenie, nie ma rodzinnych kolacji, wszyscy mogą chodzić spać nawet o północy. Bo pan „policjant” jest w wirtualnym świecie. To mnie irytuje, ale postawiłam na swoim: komputer przynajmniej stoi w salonie — mówi Anna.
Ale kiedy są kiepskie gry, wszystko wraca do normy... Jest typem faceta, który nie potrafi żyć bez wyzwań.
— Piotr mało co robi dla samej przyjemności, zazwyczaj musi osiągać jakiś cel. Chociażby to, że nie wyjdzie potruchtać sobie dwa kilometry wokoło domu, tylko dwadzieścia, bo postawił sobie za cel pobicie mego rekordu w maratonie (2 godz. 37 min). Będzie miał z tym spory kłopot… — twierdzi Anna.
A wtedy, dla odmiany, o 22.00 wszyscy śpią, światło zgaszone, bo tata zmęczony. Świat według Piotra.
Popytaliśmy też w firmie. Opinie skrajne, od: „wyluzowany, dowcipny”, „niesamowita pamięć”, „każdy może wejść do jego gabinetu i pogadać” po „wymagający, nie ma przebacz”.
— Piotrek potrafi rzucić hasło, które pozornie wydaje się bez sensu, ale — po namyśle — okazuje się, że to świetny pomysł. Ma nieprawdopodobną intuicję. Wiele rzeczy robi po prostu na chłopski rozum, a nie na podstawie analiz czy sugestii — mówi X.
Co w nim potrafi wkurzyć?
— Kiedyś wpierw opieprzał, potem pomyślał, teraz wpierw pomyśli, zanim opieprzy — dodaje X (X to szwagier — deszyfrujemy).
Sklep
Co zrobiłby Bieliński, gdyby mógł cofnąć czas i zacząć biznes raz jeszcze? Może to samo, tylko lepiej?
— Nie, wróciłbym do spożywki — rzuca krótko.
Szokujące wyznanie w ustach Postaci Roku IT w 2003 i 2004 roku. Gdyby za poczucie humoru dawano Nobla, dawno by go miał.
— Mówię poważnie. Zresztą niedawno kupiłem na Jelonkach osiedlowy sklep spożywczy i przymierzam się do dwóch kolejnych — ujawnia Bieliński.
Argumentuje: sam jest smakoszem, „spożywka” to przyszłość, ludzie muszą jeść. Mówi serio. Co więcej:
— Mając tradycyjny sklep, otworzyłem w internecie delikatesy A.pl. To mój konik. Są w nim świeże bułki, warzywa i owoce, nabiał, pyszna kaszaneczka, dobre wino. Wszystko, co ma smak, ale nie smakuje jak plastik. Na razie dostawy realizujemy w Warszawie. A sklep na Jelonkach jest m.in. po to, by mieć koncesję na alkohol i sprzedawać go w internetowym sklepie — tłumaczy na poważnie.
A co z IT, co z Action?
— Jedno z drugim żyje w symbiozie — podkreśla.
Kaszaneczka z serwerami?
— Jasne, siedziba jest w tym samym budynku, co Action, logistykę też robi Action. Zresztą, w przyszłym roku przesiądę się z Action na A.pl i nim będę zarządzać. Za dwa lata sklep zrobi około 500 mln zł obrotu rocznie — zapowiada Bieliński.
Jest jak maratończyk, który gdy widzi metę, to się źle czuje i najchętniej zacząłby bieg od nowa, byle nie dobiec i paść ze zmęczenia.
— Coś w tym jest… Przecież w biznesie nie ma końca, zawsze są jakieś wyzwania — twierdzi Bieliński.
A gdy ich zabraknie? Rentier, emerytura?
— O Boże, horror — kwituje nasz bohater.
