Każdy ciągnie kołdrę w swoją stronę

Mira Wszelaka
opublikowano: 2004-12-20 00:00

O tym co było, a nie jest w polskiej polityce europejskiej — można by rozprawiać długo. Dwa tygodnie przed szczytem Rady Europejskiej był zarówno misternie tkany sojusz przyjaciół polityki spójności, jaki i korzystny dla Polski zapis o solidarności z nowymi członkami UE. Potem był cios Brutusa zadany hiszpańską ręką i nadzieje, że może polska dyplomacja dokona cudu i już w Brukseli doprowadzi do przywrócenia owego zapisu.

W Brukseli okazało się, iż korzystnego dla nas zapisu nie będzie, bo i być nie mogło, skoro interesy członków UE rozjechały się w trzech kierunkach — płatników netto oraz beneficjentów starych i nowych. Próba ich spięcia w kompromis, po którym nikt nie będzie miał czkawki, to największe zadanie Unii w pierwszym półroczu 2005. Na razie musi wystarczyć wynegocjowana na żądanie Polski enigmatyczna formuła o solidarności, finalny produkt tzw. zgniłego kompromisu, którą umieszczono w konkluzjach Rady.

Cała zabawa w konsultacje, przekonywania, rachowanie, tworzenie mniej lub bardziej obiecujących sojuszy zacznie się teraz na dobre. W chwili ostatecznego rozstrzygnięcia i tak każdy pociągnie krótką kołdrę w swoją stronę. Wiele wskazuje na to, że rozstrzygnięcie, tradycyjnie, zapadnie w finałową noc negocjacji, gdzie jak w greckiej tragedii nie zabraknie dramatyzmu, szantażu i rozdzierania szat. Scenariusz ten jest jednak niezwykle niebezpieczny dla nowicjuszy.

Szczyt okazał się przełomem dla sprawy akcesji Turcji, która zdecydowanie przyćmiła polskie zabiegi dotyczące Ukrainy. W całym zamieszaniu niemal nikt nie zauważył, że dwa kolejne kraje, Bułgaria i Rumunia, oficjalnie zakończyły negocjacje członkowskie. Może za mało było w nich dramatyzmu, który tak dobrze pamiętamy choćby z Kopenhagi. Niewykluczone, iż smaku podobnych emocji zaznamy w ciągu najbliższego półrocza, podczas batalii o plan finansowy UE.