Każdy może zarobić na futures

Grzegorz Zalewski
opublikowano: 2001-12-10 00:00

Różnica między drobnym, indywidualnym graczem a wielką instytucją jest bezsprzeczna. Indywidualni często traktowani są na rozwiniętych rynkach jak mięso armatnie, dzięki któremu zyskują wielcy profesjonaliści. Sytuacja wygląda jednak inaczej gdy okaże się, że ci wielcy wcale nie są profesjonalistami.

Światowe instytucje finansowe składają się z wielu działów, których zadaniem jest zarabianie pieniędzy, tam gdzie tylko jest okazja. Szczególnie popularny jest arbitraż, dający szansę na tzw. zysk bez ryzyka. W uproszczeniu polega on na kupieniu jakiegoś aktywu finansowego na jednym rynku i sprzedaniu na innym. Oczywiście kupić należy tanio, sprzedać drogo. Możliwości dokonania takich transakcji występują niemal na wszystkich rodzajach rynków. Zdarza się, że ten sam produkt, lub dwa bardzo do siebie zbliżone notowane są na różnych giełdach. Wówczas bywa, że pojawiają się różnice między cenami, które profesjonaliści próbują wyłapać. Łowców tego typu okazji jest tak wielu, że, po pierwsze, trudno je złapać, a po drugie — zwykle różnice między cenami są tak małe, że trzeba mieć ogromny kapitał, by osiągnąć istotny zysk.Polski rynek finansowy różni się pod wieloma względami od rynków światowych. Również dlatego, że okazje na darmowy lunch pojawiają się dzięki niewiedzy profesjonalistów.

Na GPW oraz WGT notowane są futures na dolara i euro. Są one niemal identyczne – opiewają na 10 000 dolarów, różnią się tylko tygodniowym terminem wygasania. Teoretycznie powinno to powodować nieznaczne różnice w wycenie tych instrumentów (rzędu 0,007 zł). W rzeczywistości bywa inaczej. Od lipca do października różnice między cenami walutowych futures na obu rynkach wynosiły od 0,03 zł do nawet 0,1 zł. Daje to możliwy zysk bez ryzyka od 300 zł do 1000 zł na jednym kontrakcie (na depozyt potrzeba około 4500 zł) w perspektywie od miesiąca do trzech — stopa zwrotu wynosi od 6 do 20 proc.

Najciekawsze, że na taki zysk „pozwolili” animatorzy z CDM Pekao. To oni wystawiali oferty kupna i sprzedaży po zawyżonych cenach (względem wycen teoretycznych). Nie wiadomo, dlaczego profesjonaliści pozwolili oskubać się inwestorom. W końcu to oni powinni być górą. Co więcej, jest prawie pewne, że nie ubezpieczano tych transakcji w żaden sposób, przez co poniesiono niemałe straty. Ta sytuacja nie napawa optymizmem, jeśli chodzi o profesjonalizm niektórych rodzimych instytucji finansowych.