Każdy (przedsiębiorca) sobie biznes skrobie

Rafał Kerger
opublikowano: 2005-10-26 00:00

Jak wygląda lokalny przedsiębiorczy lobbing? Dlaczego przedsiębiorcy niechętnie się zrzeszają?

Prostych odpowiedzi nie ma.

„PB”: Ilu jest przedsiębiorców na Śląsku?

Tadeusz Donocik, prezes Regionalnej Izby Gospodarczej (RIG) w Katowicach, wiceprezes KIG:Czterysta tysięcy.

Ilu należy do izby?

Czterystu.

Pewnie sami duzi?

Nie. W większości mali i średni, są małe firmy usługowe, np. sprzątające, a nawet piekarze.

Jak pan zatem wytłumaczy to, że tylko 0,1 proc. przedsiębiorców w województwie bawi się w samorząd gospodarczy?

Przede wszystkim tym, że na Śląsku działa bodajże 13 izb okręgowych i przemysłowych. Są prężne izby w Bielsku-Białej, Częstochowie, Tarnowskich Górach, Raciborzu, Rybniku i Gliwicach. Część firm należy do izby rzemieślniczej. A więc odsetek zrzeszonych przedsiębiorców, mimo że znikomy, jest trochę większy. Taka sytuacja wynika przede wszystkim z tego, że przed 1989 r. — a większość dzisiejszych szefów firm pamięta tamte czasy — był obowiązek należenia do wszystkiego. Hodowcy kanarków zrzeszali się w związku hodowców kanarków. Jak ktoś produkował na eksport, musiał należeć do Polskiej Izby Handlu Zagranicznego itd. Stąd dystans przedsiębiorców do różnych związków, zrzeszeń, izb i innych podobnych organizacji.

To jedyny powód?

Jestem prezesem izby z wyboru już 15 lat i naprawdę trudno mi znaleźć inne wytłumaczenie. Izba zapewnia przecież szkolenia z różnych dziedzin, dla członków często bezpłatne. Dbamy o kontakty zagraniczne, doradzamy przy przygotowywaniu wniosków o fundusze unijne. Dlaczego przedsiębiorca miałby się pozbawiać takiego wsparcia, nie wiem. Przynależność do samorządu gospodarczego pozwala w cywilizowany sposób porozumiewać się z władzą. Stwarza możliwość wpływania na proces tworzenia prawa lokalnego, gospodarczego, fiskalnego, rozwoju regionu czy miasta — i to w sposób bezpieczny, klarowny. To znaczy — jeżeli ja, jako prezes izby — mówię o ochronie środowiska, o strefie ekonomicznej, o potrzebie inwestycji infrastrukturalnych w danej gminie, to nie wypowiadam się w swoim imieniu, tylko w imieniu grupy przedsiębiorców. Powiem więcej, jeżeli mowa o inwestycjach publiczno-prywatnych, to powinny one być konsultowane wyłącznie przez samorząd gospodarczy.

Jak się taki lobbing robi?

Izba ma ugruntowaną pozycję, więc jesteśmy zapraszani do komitetów sterujących czy kontrolujących różne fundusze wspierania rozwoju i przedsiębiorczości, gdzie mamy prawo wyrażania opinii. Jesteśmy też zapraszani do opiniowania projektów decyzji, uchwał, planów rozwoju Katowic oraz innych śląskich miast i gmin. Nie jest to jednak ujęte w żaden system. Prezydenci miast czy marszałek województwa mogą nas zapraszać, ale nie muszą. Nie ukrywajmy, muszę mieć dobre personalne kontakty z samorządowcami, umówić się na kawę, żeby to wszystko się kręciło. Jest też wiele uroczystości o charakterze otwartym, gdzie można porozmawiać o problemach przedsiębiorców. Są fora, gdzie i ja, i burmistrzowie oraz marszałek się wypowiadamy, są media.

A próbujecie wpływać jakoś inaczej

na rzeczywistość?

Izba jest np. jednym z założycieli i symbolicznym akcjonariuszem rozwijającego się prężnie lotniska w Katowicach-Pyrzowicach. Symbolicznie, by mieć prawo głosu, wchodzimy do różnych innych instytucji — Górnośląskiej Agencji Rozwoju Regionalnego, Górnośląskiej Agencji Przekształceń Przedsiębiorstw. Jesteśmy też jednym z założycieli dysponującego tanimi kredytami dla firm Funduszu Górnośląskiego i wielu innych instytucji.

Wspomniał pan że lobbing izb gospodarczych „nie jest ujęty w żaden system”?

Niestety, i to jest nasza porażka. O lobbingu na poziomie samorządu nie ma w prawie lobbingowym ani artykuliku. Izba uczestniczy np. w konsultacjach, ale tylko dzięki temu, że znamy wiele wpływowych osób. Skuteczność takich działań nie jest najwyższa — samorządowcy nie mają obowiązku brać naszych opinii pod uwagę. Oto przykład: przy marszałku województwa istnieje komitet sterujący, w którym oprócz przedsiębiorców reprezentowane są i związki zawodowe, i inne instytucje, ale jest to tylko organ doradczy. Namacalnym efektem naszych starań jest to, że wiemy, dlaczego samorządowcy podejmują takie, a nie inne decyzje i potrafimy to przekazać naszym członkom oraz innym przedsiębiorcom np. za pośrednictwem internetu.

A co do prawa, w którego ramach działamy, i ustawy lobbingowej, należy uderzyć się w piersi — nikłe było w ogóle zainteresowanie tym tematem ze strony biznesu. Przedsiębiorcy ciągle liczą, że w razie potrzeby zawsze znajdzie się w urzędzie jakiś znajomy, który pomoże w sprawie zagospodarowania terenu, uchwały itd. Nie ma wiary w dobre systemowe rozwiązania. Talon na „malucha” czy przydział na mieszkanie też się kiedyś przy zamkniętych drzwiach załatwiało z konkretnym decydentem.

Niech pan dokończy zdanie: Idzie biznesmen Kowalski do burmistrza i…

…próbuje załatwić, „ugrać coś”. Ale takie kontakty zawsze budzą negatywne skojarzenia. Zresztą do takiego, a nie innego modelu rękę przykłada też lokalna władza, która, gdy chce, by np. nie rozniosło się, za ile zleca zamówienie publiczne, kontaktuje się z pojedynczymi przedsiębiorcami, głównie z daleka, np. z Koszalina. Gdyby pan przeanalizował zlecenia publikacji wydawnictw okolicznościowych na Śląsku, czy informatory o firmach z województwa śląskiego, to w kilkunastu znanych mi przypadkach robią to firmy spoza regionu.

I co z tego?

Niby nic, ale u nas też są drukarnie i nawet jeżeli było to zlecone Koszalinowi metodą jakiegoś przetargu, to domniemywam, że nie chodziło tylko o cenę. Władza lokalna powinna protegować firmy spoza województwa tylko wtedy, gdy nie ma swoich. I na rzecz takiego modelu również lobbujemy.

Cały czas odwołuje się pan do przyzwyczajeń z poprzedniej epoki, a mnie się coś wydaje, że coraz więcej do powiedzenia ma w Polsce młode pokolenie przedsiębiorców.

Młodzież jest zupełnie inna, ale bardziej z punktu widzenia wykształcenia, znajomości kodeksu handlowego, zasad zarządzania i znajomości finansów. Kult pogoni za najwyższym zyskiem i nawyki komunikacji na rynku młodzi przejmują od starszych. Po 15 latach nie ma w Polsce nawet etycznego kodeksu prowadzenia biznesu. I to dziwi. Ale kto ma taki kodeks narzucić? Parlament? Nie, sam biznes, w swoim interesie.

W Polsce z powodu wysokich kosztów prowadzenia działalności 40 proc. firm działa w szarej strefie. A wystarczy sobie uświadomić jedną istotną rzecz. Jeżeli na co dzień omijam płacenie podatków, nie wystawiam faktur, lecz przyjmuję gotówkę pod stołem czy na czarno zatrudniam pracowników, to tylko pozornie moja sprawa. Za to płacą uczciwe firmy. Bo fiskus swoje musi dostać.