Kennedy, Reagan i Bush się nie mylili

Robert Gwiazdowski
opublikowano: 2003-01-10 00:00

O koniecznej reformie podatków

Gentlemani — podobno — nie dyskutują o faktach. Nie trzeba się spierać, która godzina — wystarczy spojrzeć na zegarek. Kiedy słuchałem ministra Grzegorza W. Kołodki, krytykującego plany redukcji podatków George’a (na drugie też „W.”) Busha, doszedłem do wniosku, że się niektórym gentlemanom zegarki chyba popsuły... Bo przecież nie mogłem pomyśleć, że wśród gentlemanów nie jesteśmy.

Choć obniżka w Polsce akcyzy na alkohol sprowokowała ewidentny wzrost podatków z jego sprzedaży, potwierdzając w praktyce teorie Laffera, wielu polityków przeczy oczywistościom — twierdząc, że nie ma dowodów, iż obniżenie podatków stymuluje przyspieszenie wzrostu gospodarczego.

Wbrew faktom twierdzą też, że na obniżce podatków korzystają jednostronnie najbogatsi, a tracą — najbiedniejsi. Być może zbyt mocno zakorzeniona jest w naszym kraju doktryna Wielkiego Językoznawcy Józefa Wissarionowicza Dżugaszwilii (pseudonim: Stalin): jeżeli fakty przeczą teorii, to tym gorzej dla faktów.

Jak się to robi w Waszyngtonie

No to przyjrzyjmy się faktom — w Stanach Zjednoczonych i w Polsce. I żeby nie przerzucać się sloganami — odwołajmy się do liczb, bo z nimi naprawdę trudno dyskutować. Nawet wicepremierowi.

Po trzech operacjach obniżenia podatków w Stanach Zjednoczonych w latach 20. — przez Mellona — ze stawki 73 proc. do 25 proc. wpływy do budżetu od najbogatszych wzrosły. W roku 1921 podatnicy o dochodach powyżej 100 tys. USD zapłacili podatki, które stanowiły 28 proc. wszystkich wpływów podatkowych. W roku 1926 podatki płacone przez tę samą grupę stanowiły już 51 proc. całości wpływów. Ci z dochodami najmniejszymi — poniżej 10 tys. USD — w roku 1921 zapłacili 23, a w roku 1926 — tylko 5 proc. ogólnej kwoty wpływów podatkowych!

Po reformach autorstwa administracji Kennedy’ego w latach 60. sytuacja się powtórzyła. Udział wpływów podatkowych od najbogatszych Amerykanów wzrósł z 11,6 proc. w roku 1963 do 15,1 proc. w roku 1966. Już w roku 1965 — pierwszym, w którym obowiązywały nowe stawki podatkowe — najbogatsi podatnicy zadeklarowali wyższe dochody podlegające opodatkowaniu i — w efekcie — zapłacili wyższy podatek niż według starego systemu.

Gdy w latach 80. stawki podatkowe z 70 do 28 proc. obniżył prezydent Ronald Reagan, prawidłowość, że obniżka podatków powiększa procentowy udział podatków płaconych przez najbogatszych w ogólnej kwocie wpływów podatkowych potwierdziła się po raz trzeci! O ile w roku 1981 5 proc. najzamożniejszych obywateli dostarczało budżetowi 35,4 proc. wpływów z podatku dochodowego od osób fizycznych, to w roku 1990 ich udział wyniósł już 44 proc.. Najbogatsi podatnicy (czyli 1 proc. ogółu amerykańskiej populacji) płacili już nie 17,9, ale 25,6 proc. Najubożsi — połowa podatników — zmniejszyli w tym samym czasie udział w ogólnej kwocie podatków z 7,4 proc. do 5,7 proc.

Bogaci płacą zatem więcej, gdy podatki są niskie. Istnieje przecież jakaś przyczyna, która powoduje, że są oni bogaci... Lepiej niż inni potrafią pomnażać dochody i chronić je przed stratami — włącznie z tymi wynikającymi z pazerności fiskusa. Dlatego gdy podatki są, w ich mniemaniu, za wysokie — wybierają inwestycje, przynoszące mniejsze zyski, ale też niższe opodatkowanie — jak na przykład bony skarbowe. Ucieczka kapitału od wysoce zyskownych przedsięwzięć do bezpiecznych spowalnia wzrost gospodarczy.

Nie kijem go, to pałą

Krytyka podatku liniowego jako sprzyjającego głównie najbogatszym jest oparta na naiwnym zastosowaniu prawa podatkowego do obecnych dochodów. Krytycy zapominają, że podatek liniowy wpłynie na różnych ludzi w różny sposób i spowoduje zmiany w całym systemie gospodarczym.

Nie można przewidzieć, czy jakiejś grupie dochodu będzie się powodziło lepiej czy gorzej, dopóki nie wiadomo, jak zmieni się dochód po opodatkowaniu w tejże grupie. Ale wyniki obliczeń Michaela Boskina — z zastosowaniem tzw. modelu elastyczności oszczędności dla różnych grup dochodu — wskazały, że każda grupa podatników skorzysta na podatku liniowym. Lecz największe korzyści (7,6 proc.) odniosą osoby z najniższym dochodem, a korzyści grupy o najwyższych dochodach będą mniejsze od korzyści tych o dochodach najniższych. Grupa o najniższych dochodach osiąga procentowo najwyższe zyski z przyjęcia podatku liniowego.

Ten dość wysoki zysk w grupie o najniższych dochodach można wytłumaczyć trochę tym, że ludzie do niej należący nie płaciliby podatku dochodowego po wprowadzeniu podatku liniowego z odpowiednio wysoką kwotą wolną od opodatkowania, jaką zaproponowali Hall i Rabushka w USA i Leszek Balcerowicz w Polsce. Dlatego też w grupie tej stawka płac po opodatkowaniu wzrasta — mimo że u jednej trzeciej osób z tej grupy zarobki przed opodatkowaniem zmniejszają się o 1 proc., co sprawia, że grupa ta będzie chciała wykonywać więcej pracy — w porównaniu z grupami o wyższym dochodzie. Ale wzrost praktycznie wszystkich sektorów gospodarki oznacza, że owa grupa o niższych dochodach będzie mogła wykonywać więcej pracy, a co za tym idzie — osiągać większe dochody. Jak komentuje wyniki tych obliczeń John C. Goodman, prezes National Center for Policy Analysis (NCPA): „ludziom, którzy narzekają, że bogaci zyskają na nowym podatku, zazdrość zbyt przesłania oczy, by przyznali, że inni zyskają jeszcze więcej”.

Zważywszy że z przedstawionymi liczbami dość trudno polemizować, zwolennicy progresji podatkowej zaczęli przyznawać, że choć sama w sobie może nie jest ona sprawiedliwa, to w połączeniu z jeszcze większą niesprawiedliwością podatków konsumpcyjnych i podatków majątkowych... zwiększa sprawiedliwość systemu podatkowego jako całości. Na przykład podatek od nieruchomości nie ma nic wspólnego z zasadami zdolności podatkowej, malejącej lub wzrastającej użyteczności dochodu, a nawet sprawiedliwości rozumianej w taki sposób, jakiego zwolennicy progresji podatkowej używają przy analizie podatku dochodowego.

Podatek ten ma jedynie funkcję fiskalną i jest uzasadniony z punktu widzenia państwa jako obrońcy wspólnoty i poszczególnych jednostek przed wrogiem zewnętrznym i wewnętrznym: „Mam majątek, chcę, aby państwo go broniło, powinienem płacić podatki. Jeżeli nie mam odpowiedniego dochodu na ich pokrycie, powinienem zrezygnować z własności”. Tylko że argumentacja ta kłóci się z lansowanymi przez rzeczników progresji zasadami dotyczącymi podatków dochodowych. Te same prawidła są więc raz dobre, a raz złe... Można więc nazwać tę koncepcję „sprawiedliwością jako sumą niesprawiedliwości”. No i Orwella nie trzeba już nawet cytować...

Jak to się robi w Warszawie

Polscy zwolennicy progresji podatkowej utrzymują, że na stawce liniowej skorzystają najbogatsi, a stracą — najbiedniejsi. I klasa średnia. I budżet państwa. Z uporem twierdzą, że — w porównaniu z opodatkowaniem proporcjonalnym zapewniającym tę samą kwotę dochodów budżetowych — opodatkowanie progresywne pociąga za sobą wprawdzie wyższe obciążenie marginalne podatników o wysokich dochodach, ale jednocześnie obciążenie podatników o niskich dochodach jest niższe niż w opodatkowaniu proporcjonalnym.

Dla poparcia tej tezy przytaczają dane, z których wynika, że po ulgach podatkowych efektywny średni podatek, uiszczany przez podatników z dochodami mieszczącymi się w pierwszym przedziale skali podatkowej, wynosił w Polsce w 1998 roku niecałe 14 proc., w drugim przedziale — nieco ponad 17 proc., a w trzecim — trochę ponad 28 proc. No i dochodzą do konkluzji: najbiedniejsi, płacąc podatek liniowy w wysokości, powiedzmy, 17 proc., efektywnie stracą 3 proc.!

Wyliczenie nie bierze jednak pod uwagę faktu, że w pierwszym przedziale skali podatkowej pozostaje aż 95 proc. podatników! Obliczona średnia dotyczy przy tym całej grupy — dość zróżnicowanej i pod względem socjologicznym, i dochodowym. Część podatników osiąga dochody zaliczane do niższej połowy pierwszego progu, inni ocierają się już o drugi próg. I to oni właśnie korzystają z ulg, rzutujących na wysokość efektywnej stawki podatkowej dla całej grupy!

Sprawdźmy blefujących...

Rzeczywisty rozkład obciążeń podatkowych jest inny niż przytoczony przed momentem. W roku 1998 w pierwszym przedziale skali podatkowej pozostawało 22 616 738 podatników. Ich przeciętny dochód brutto obliczono na 8864 zł. Prawie 7 250 000 podatników rozliczyło się natomiast z podatków za pośrednictwem ZUS lub zakładu pracy, co de facto oznacza, że nie korzystali z żadnych ulg i zapłacili podatek: 19 proc. od dochodu, przewyższającego kwotę wolną od opodatkowania (czyli wówczas — 1768 zł).

Średnia nominalna stawka podatkowa dla całego dochodu wynosiła w tej grupie 15,2 proc. Przeciętny dochód brutto w grupie emerytów i rencistów (ponad 6 mln, w zdecydowanej większości nie korzystali z ulg), to 7505 zł — czyli o 1359 złotych (a więc 15 proc.) mniej niż średnia dla całego pierwszego przedziału skali podatkowej. Większość, nie korzystając z ulg, od całego dochodu przewyższającego kwotę wolną od opodatkowania (czyli 5737 zł) zapłaciła podatek w wysokości 19 proc. Średnia nominalna stawka podatkowa dla całego dochodu zatrzymała się w grupie emerytów i rencistów na poziomie około 14,5 proc., a więc tylko 0,7 proc. mniej niż średnia stawka liczona dla wszystkich podatników z pierwszego przedziału skali podatkowej! A zatem emeryci i renciści mieli nominalną stawkę podatkową niższą o 0,7 proc. niż średnia dla wszystkich podatników z pierwszego przedziału skali podatkowej, podczas gdy dochody mieli mniejsze aż o 15 proc.!!! Dodajmy, że spośród tych, którzy rozliczali się osobiście, także nie wszyscy stosowali ulgi...

Rozliczenia bez ulg złożyło prawie 4,5 mln podatników. I oni zapłacili podatek w wysokości 19 proc. od dochodu przewyższającego kwotę wolną od opodatkowania — tzn. 15,2 proc. od całego dochodu. Można przyjąć, z dużą dozą prawdopodobieństwa (choć nie ma oficjalnych danych), że również w tym przypadku byli to ci, których dochody plasowały się w dolnych strefach pierwszego przedziału skali podatkowej, a już na pewno — poniżej średniego dochodu w tym przedziale. Jeżeli zatem niemal połowa podatników z pierwszego przedziału skali podatkowej (7 250 000 rozliczających się za pośrednictwem płatników plus 4,5 mln rozliczających się samodzielnie i nie korzystających z ulg) zapłaciła podatek w pełnej wysokości nominalnej — 15,2 proc., to druga połowa zapłacić musiała podatek w wysokości 12,7 proc., by średnia stawka podatkowa mogła wynieść 13,9 proc. A średni dochód tych, którzy zapłacili 12,7 proc. był wyższy od tych, którzy zapłacili 15,2 proc. Jeśli zaś weźmiemy pod uwagę wysokość realnego obciążenia dochodu — okaże się, że w grupie gospodarstw domowych emerytów i rencistów wynosiło ono 14,01 proc., a w grupie prowadzących działalność gospodarczą i wolnych zawodów — 9,7 proc.

Jeśli porównać opodatkowania podatników z poszczególnych progów podatkowych osiągających przychody z różnych źródeł skatalogowane w tabelach, przekonamy się dobitnie, że w systemie progresji podatkowej najwięcej płacą najbiedniejsi.

...by ich przygwoździć

Interesująco wygląda też dokonane przez Centrum im. Adama Smitha (z wykorzystaniem danych za rok 1996) zestawienie z sobą ewentualnych skutków opodatkowania wszystkich podatników według jednolitej stawki podatkowej w wysokości obowiązującej wówczas najniższej stawki podatkowej (czyli 21 proc., z kwotą wolną od podatku i według skali progresywnej bez odliczeń), gdy na uzyskane wyniki nałożymy wykorzystane faktycznie odliczenia, uzyskując wielkości efektu progresji brutto — bez odliczeń (tabela I) i netto — z odliczeniami (tabela II).

Efekt progresji brutto dałby w rezultacie przyrost dochodów o 3,6 mld zł. Jednocześnie system ulg i odliczeń uszczuplił je o 7,3 mld zł. Ponad połowę tej kwoty skonsumowali objęci progresją podatnicy należący do II i III przedziału skali podatkowej. Ostateczny bilans przyniósł podatnikom z II przedziału skali podatkowej zmniejszenie podatków do zapłacenia o ponad miliard złotych w stosunku do liniowego podatku o stawce 21 proc, a dla podatników z III przedziału — zwiększenie podatków do zapłacenia o 0,8 mld zł. Progresywne stawki podatkowe i system odliczeń wykorzystywanych przez podatników objętych progresją dały w sumie zmniejszenie (!) obciążeń podatkowych o prawie 200 mln zł. A przecież pozostała po opodatkowaniu kwota dochodu netto jest opodatkowana w trakcie konsumpcji podatkami pośrednimi (VAT, akcyza, cła). W rezultacie efekt progresji jest istotnie wytłumiony, co pokazują dane w tabeli III.

Mimo tego, że fakty przeczą teorii wpływu progresji na poprawę doli najuboższych, to sama idea progresji świetnie służy wzbudzaniu emocji, zwłaszcza wśród najuboższych. Hasła opodatkowania „bogaczy” utrwalają jednak wizję „walki klas” — szkodliwą dla każdego społeczeństwa. Mogą one, co prawda, pomóc w zdobywaniu punktów politycznych w walce o władzę, ale już nie są tak pomocne w jej utrzymywaniu. Każda opozycja jest pod tym względem w lepszym położeniu — może obiecywać więcej, niż władza jest w stanie zrealizować.

Fakt, że argumenty zwolenników progresji o jej działaniu na rzecz najbiedniejszych nie są prawdziwe, nie ma znaczenia. Prawdziwością argumentów w dyskusji politycznej i walce o głosy wyborców mało kto się przejmuje. Ważne, by były to argumenty nośne. Gorzej, gdy wyborcy pamiętają głoszone hasła i domagają się ich realizowania po wyborach.

Choć — jak pisał Ludvig von Mises — prawda nie ma waloru atrakcyjności, przez sam fakt, że jest prawdą, należy podkreślić, że symulacje przyszłości i analiza efektów obniżania podatków w przeszłości pokazują, że na wprowadzeniu prostego podatku liniowego relatywnie najbardziej zyskają najbiedniejsi. Za każdym razem kiedy znacznie obniżano najwyższą krańcową stawkę podatkową, wzrastał całkowity dochód z podatków oraz udział najwyżej zarabiających w płaceniu podatków. I znów wracamy do praktyki, faktów. Z którymi — rzecz jasna — gentlemani nie dyskutują.