Kiełbaski z samochodu zarzucają sieć

Michalina SzczepańskaMichalina Szczepańska
opublikowano: 2013-07-12 00:00

Festiwalowe kulinaria to ciekawy pomysł na biznes sieciowy — przekonują przedsiębiorcy. Obok lokalu w stolicy obecność w Gdyni to obowiązkowy punkt gastronomicznego biznesplanu

Restauracja w Warszawie, która latem wyjeżdża nad morze i na festiwale. To coraz częstszy pomysł na gastronomiczny biznes i drugą, obok całorocznej, nogę biznesu.

Każdy, kto wyjeżdża na narty do Austrii czy Niemiec, spotyka na stoku sprzedawców kiełbasek. Podobnie jest na ulicach miast. Pomysł bardzo dobrze przyjął się na naszym rynku — mówi Bernard Rucel, zarządzający Wurst Kioskiem.
 [FOT. WM]
Każdy, kto wyjeżdża na narty do Austrii czy Niemiec, spotyka na stoku sprzedawców kiełbasek. Podobnie jest na ulicach miast. Pomysł bardzo dobrze przyjął się na naszym rynku — mówi Bernard Rucel, zarządzający Wurst Kioskiem. [FOT. WM]
None
None

— Jedzenie uliczne nabrało innego wymiaru i już nie kojarzy się ze stolikiem pod namiotem — przyznaje Bernard Rucel, osoba zarządzająca Wurst Kioskiem, który oferuje niemieckie kiełbaski.

Burgerowy popyt

— Zaczęliśmy od sprzedaży z samochodu. Wynikało to z niższej inwestycji w porównaniu z lokalem, a więc też mniejszym ryzykiem. Samochód zawsze można sprzedać, co w przypadku lokalu jest trudne. Popyt na burgery w Warszawie okazał się na tyle duży, że po półtora miesiąca dokupiliśmy jeszcze przyczepę, która pozwalała na obsługę większego ruchu. Biznes mobilny jest jednak sezonowy i choć można sprzedawać zimą, to brakuje wtedy klientów — mówi Bogumił Jankiewicz, właściciel Bobby Burgera. Wurst Kioski rozpoczęły działalność od lokalu.

— Zaczęliśmy od małego okienka stacjonarnego na Saskiej Kępie. Kiełbaski zyskiwały zwolenników, więc otwieraliśmy kolejne lokale. Sprzedażą z samochodu zajęliśmy się później. Pełni on nie tylko funkcję sprzedażową, ale też marketingową. Obecność na festiwalach zwiększa rozpoznawalność marki — opowiada Bernard Rucel. Bobby Burger otwiera właśnie trzeci lokal w Warszawie. Przyczepę i samochód oddał we franczyzę i w niej widzi swoją ścieżkę rozwoju.

— Byliśmy na Open’erze, teraz jedziemy na festiwal rockowy do Żarnowca. Na Open’erze biliśmy absolutne rekordy sprzedaży i wydajności obsługi. Tam zaledwie 10 proc. klientów znało markę z Warszawy, ale zadziałała albo poczta pantoflowa, albo po prostu chęć spróbowania czegoś nowego. Pierwszego dnia festiwalu sprzedawaliśmy po cenach standardowych, ale widząc zainteresowanie i znacznie wyższe ceny w konkurencyjnych punktach, nieco je podnieśliśmy, choć wciąż byliśmy jednymi z tańszych. Nie nastawialiśmy się, żeby przy okazji festiwalu „zedrzeć” z klientów, ale gastronomia sprzedaje w takich miejscach drożej. Nie odpuszczamy jednak rynku pozafestiwalowego — twierdzi Bogumił Jankiewicz.

Na festiwale nastawia się również Wurst Kiosk.

— Po Open’erze jedziemy do Ostródy na Audioriver. Chcemy też zagościć na Woodstocku. W Gdyni mamy pierwszy lokal stacjonarny, a w dwóch innych miastach rozmawiamy o lokalach we franczyzie. Pojawiamy się też na imprezach dyplomatycznych — nasze kiełbaski serwowaliśmy w Ambasadzie Niemiec — mówi zarządzający Wurst Kioskiem.

Miejsce w mieście

Bobby Burger chce otwierać kolejne punkty i własnymi siłami, i we franczyzie. W tę przyszły przedsiębiorca musi zainwestować od 70-100 tys. zł (w lokal) bądź 50 tys. zł, jeśli jest to samochód.

— Samochód zwraca się po jednym efektywnie przepracowanym sezonie, lokal natomiast po dziewięciu miesiącach. Wszystko oczywiście zależy od lokalizacji oraz zaangażowania i motywacji franczyzobiorcy. Te dane są optymistyczne, lecz zdecydowanie realne, bo jak sami otwieraliśmy lokale i jednostki mobilne, to zwrot inwestycji nastąpił w czasie o połowękrótszym — przekonuje właściciel Bobby Burgera. Swoje sieci — jak przyznają obaj przedsiębiorcy — mogliby rozwijać szybciej, ale mobilnym punktom brakuje w mieście przestrzeni. — W Warszawie ustawiliśmy się w zagłębiu korporacji, czyli na ulicy Domaniewskiej.

Paradoksalnie — to jednak w mieście znacznie trudniej zdobyć miejsce niż na festiwalu. W Warszawie możliwe jest jedynie porozumienie z prywatnym właścicielem jakiegoś terenu, który zechce wynająć. Próbowaliśmy dogadać się z miastem, które przecież wynajmuje przestrzeń choćby na restauracyjne ogródki, ale spotkaliśmy się z opinią, że chodnik jest do chodzenia, droga do jeżdżenia, aparking do parkowania — mówi Bogumił Jankiewicz.

— Za samochód, z którego sprzedawane są warzywa, dzielnice pobierają opłatę handlową w wysokości 6 zł, a my jako gastronomia mobilna jesteśmy przeganiani. Przepisy są bardzo niejednoznaczne. Rozwiązanie przychodzi czasem jednak od samych konsumentów. Właśnie otwieramy bus pod biurowcem jednej z firm telekomunikacyjnych na ich zaproszenie. Wcześniej przychodzili do nas na kiełbaski — dodaje Bernard Rucel.