Restauracja w Warszawie, która latem wyjeżdża nad morze i na festiwale. To coraz częstszy pomysł na gastronomiczny biznes i drugą, obok całorocznej, nogę biznesu.
![Każdy, kto wyjeżdża na narty do Austrii czy Niemiec, spotyka na stoku sprzedawców kiełbasek. Podobnie jest na ulicach miast. Pomysł bardzo dobrze przyjął się na naszym rynku — mówi Bernard Rucel, zarządzający Wurst Kioskiem.
[FOT. WM] Każdy, kto wyjeżdża na narty do Austrii czy Niemiec, spotyka na stoku sprzedawców kiełbasek. Podobnie jest na ulicach miast. Pomysł bardzo dobrze przyjął się na naszym rynku — mówi Bernard Rucel, zarządzający Wurst Kioskiem.
[FOT. WM]](http://images.pb.pl/filtered/a17cb7ff-b347-4014-bb08-60ac8260edae/cf1447f7-ae11-5e7d-9b29-7f50c80d73c0_w_830.jpg)
— Jedzenie uliczne nabrało innego wymiaru i już nie kojarzy się ze stolikiem pod namiotem — przyznaje Bernard Rucel, osoba zarządzająca Wurst Kioskiem, który oferuje niemieckie kiełbaski.
Burgerowy popyt
— Zaczęliśmy od sprzedaży z samochodu. Wynikało to z niższej inwestycji w porównaniu z lokalem, a więc też mniejszym ryzykiem. Samochód zawsze można sprzedać, co w przypadku lokalu jest trudne. Popyt na burgery w Warszawie okazał się na tyle duży, że po półtora miesiąca dokupiliśmy jeszcze przyczepę, która pozwalała na obsługę większego ruchu. Biznes mobilny jest jednak sezonowy i choć można sprzedawać zimą, to brakuje wtedy klientów — mówi Bogumił Jankiewicz, właściciel Bobby Burgera. Wurst Kioski rozpoczęły działalność od lokalu.
— Zaczęliśmy od małego okienka stacjonarnego na Saskiej Kępie. Kiełbaski zyskiwały zwolenników, więc otwieraliśmy kolejne lokale. Sprzedażą z samochodu zajęliśmy się później. Pełni on nie tylko funkcję sprzedażową, ale też marketingową. Obecność na festiwalach zwiększa rozpoznawalność marki — opowiada Bernard Rucel. Bobby Burger otwiera właśnie trzeci lokal w Warszawie. Przyczepę i samochód oddał we franczyzę i w niej widzi swoją ścieżkę rozwoju.
— Byliśmy na Open’erze, teraz jedziemy na festiwal rockowy do Żarnowca. Na Open’erze biliśmy absolutne rekordy sprzedaży i wydajności obsługi. Tam zaledwie 10 proc. klientów znało markę z Warszawy, ale zadziałała albo poczta pantoflowa, albo po prostu chęć spróbowania czegoś nowego. Pierwszego dnia festiwalu sprzedawaliśmy po cenach standardowych, ale widząc zainteresowanie i znacznie wyższe ceny w konkurencyjnych punktach, nieco je podnieśliśmy, choć wciąż byliśmy jednymi z tańszych. Nie nastawialiśmy się, żeby przy okazji festiwalu „zedrzeć” z klientów, ale gastronomia sprzedaje w takich miejscach drożej. Nie odpuszczamy jednak rynku pozafestiwalowego — twierdzi Bogumił Jankiewicz.
Na festiwale nastawia się również Wurst Kiosk.
— Po Open’erze jedziemy do Ostródy na Audioriver. Chcemy też zagościć na Woodstocku. W Gdyni mamy pierwszy lokal stacjonarny, a w dwóch innych miastach rozmawiamy o lokalach we franczyzie. Pojawiamy się też na imprezach dyplomatycznych — nasze kiełbaski serwowaliśmy w Ambasadzie Niemiec — mówi zarządzający Wurst Kioskiem.
Miejsce w mieście
Bobby Burger chce otwierać kolejne punkty i własnymi siłami, i we franczyzie. W tę przyszły przedsiębiorca musi zainwestować od 70-100 tys. zł (w lokal) bądź 50 tys. zł, jeśli jest to samochód.
— Samochód zwraca się po jednym efektywnie przepracowanym sezonie, lokal natomiast po dziewięciu miesiącach. Wszystko oczywiście zależy od lokalizacji oraz zaangażowania i motywacji franczyzobiorcy. Te dane są optymistyczne, lecz zdecydowanie realne, bo jak sami otwieraliśmy lokale i jednostki mobilne, to zwrot inwestycji nastąpił w czasie o połowękrótszym — przekonuje właściciel Bobby Burgera. Swoje sieci — jak przyznają obaj przedsiębiorcy — mogliby rozwijać szybciej, ale mobilnym punktom brakuje w mieście przestrzeni. — W Warszawie ustawiliśmy się w zagłębiu korporacji, czyli na ulicy Domaniewskiej.
Paradoksalnie — to jednak w mieście znacznie trudniej zdobyć miejsce niż na festiwalu. W Warszawie możliwe jest jedynie porozumienie z prywatnym właścicielem jakiegoś terenu, który zechce wynająć. Próbowaliśmy dogadać się z miastem, które przecież wynajmuje przestrzeń choćby na restauracyjne ogródki, ale spotkaliśmy się z opinią, że chodnik jest do chodzenia, droga do jeżdżenia, aparking do parkowania — mówi Bogumił Jankiewicz.
— Za samochód, z którego sprzedawane są warzywa, dzielnice pobierają opłatę handlową w wysokości 6 zł, a my jako gastronomia mobilna jesteśmy przeganiani. Przepisy są bardzo niejednoznaczne. Rozwiązanie przychodzi czasem jednak od samych konsumentów. Właśnie otwieramy bus pod biurowcem jednej z firm telekomunikacyjnych na ich zaproszenie. Wcześniej przychodzili do nas na kiełbaski — dodaje Bernard Rucel.