Kije warte miliony

Michalina SzczepańskaMichalina Szczepańska
opublikowano: 2013-06-09 09:00

Niezauważani i niedoceniani, choć ze sporymi wydatkami. Polska branża wędkarska nie poddaje się konsolidacji i wpływom sieci, choć pierwsze kontakty z rynkiem finansowym ma już za sobą

Uchodzi za sport, który ma najwięcej zarejestrowanych członków na świecie. Wędkarstwo, bo o nim mowa, aktywnie uprawia 1,5—2 mln Polaków, według szacunków Polskiego Związku Wędkarskiego (PZW). Przy ponad 44 mln Amerykanów z kijem (czyli około 15 proc. ludności) krajowe liczby może nieco bledną, ale mamy się czym pochwalić — z Polski wywodzi się m.in. pierwszy gracz na rynku woblerów (sztucznych przynęt, które imitują naturalny pokarm ryb)... w Chile.

Najdroższa ryba świata

Wędkarzy jest niewątpliwie więcej w Polsce niż biegaczy (według różnych źródeł biega od kilkudziesięciu do miliona Polaków). O tych drugich biją się głośno producenci ubrań, napojów i wszelkiego sprzętu pomocnego w bieganiu. Ci pierwsi wydają setki milionów w specjalistycznych sklepach i branży turystycznej, a zapomniała o nich nawet statystyka. Ostatnie dane o wartości branży pochodzą sprzed... 10 lat. Wówczas PZW, bazując na opracowaniach Instytutu Rybołówstwa Śródlądowego w Olsztynie, podawał, że całkowita wartość ekonomiczna polskiego wędkarstwa przekracza 1,1 mld zł i daje zatrudnienie 15 tys. osób. Same wydatki na udział w wędkarskich imprezach i zawodach przekraczały 30 mln zł, produkcja i handel sprzętem szacowano na 300 mln zł, a koszty własne wędkarzy związane z dojazdem na łowiska, koniecznością opłaty noclegów itp. szacowano na 450 mln zł. I jak przekonuje branża, wędkarze to atrakcyjna grupa klientów.

— Mówi się, że kilogram ryby pozyskany przez wędkarza to najdroższa ryba świata — mówi Antoni Kustusz, rzecznik PZW.

— Wędkarze to bardzo ciekawi klienci — kupią nowy produkt, a później chcą dokupywać kolejne jego wersje, chociażby kolorystyczne — dodaje Piotr Piskorski, współwłaściciel firmy Salmo, producenta przynęt. Jednak grupa potencjalnych klientów umyka wielkim sieciom handlowym.

— Wędkarze to specyficzna grupa klientów. Od sprzedawców wymagają specjalistycznej wiedzy, więc najczęściej chodzą do sklepów stricte wędkarskich. Inna sprawa to godziny otwarcia — jeśli wędkarz łowi od bladego świtu, to często również w takich porannych godzinach chce udać się do sklepu. W centrach handlowych otwarcie bardzo wcześnie rano jest niewykonalne. Dlatego sprzedajemy dość ograniczony asortyment w części placówek — Wojciech Filipczyk, prezes sieci sklepów Kakadu. Jak tłumaczy Maciej Wilk, współwłaściciel produkującego przynęty Spinmadu, brak konsolidacji w handlu sprawia, że wśród producentów jest kilku dużych graczy i bardzo wielu małych, którzy mogą handlować w pojedynczych sklepach.

— W samych Siedlcach, które mają około 80 tys. mieszkańców, jest 6 sklepów wędkarskich. Większość producentów i handlowców to hobbyści, którzy zaczynają od amatorskiej, przydomowej produkcji — twierdzi Maciej Wilk.

Światowi gracze

Do największych i najbardziej znanych producentów z Polski należy Salmo, którego przynęty trafiają do USA, Kanady, Chile, Wenezueli, Zambii, RPA, Australii, Tajlandii czy Malezji.

— W zeszłym roku wyprodukowaliśmy ponad 1,3 mln woblerów, które wysłaliśmy do około 70 krajów. Zaczynaliśmy ponad 20 lat temu, a wyróżnialiśmy się perfekcyjnym odwzorowaniem kolorów ryb. Pomysły na kolejne produkty wynikały z naszych doświadczeń wędkarskich, ale też osobistych spotkań z wędkarzami na całym świecie. Wciąż utrzymuję kontakt z kilkuset osobami — bez tego trudno byłoby nam się przebić na rynkach zagranicznych. Jesteśmy numerem jeden w Polsce i Chile oraz w pierwszej trójce w Rumunii, na Węgrzech, Ukrainie, Czechach i Słowacji — wymienia Piotr Piskorski. Jego zdaniem, najciekawsze rynki z punktu widzenia zasobności wędkarskiego portfela to Rosja i Japonia.

— Tam wędkarze kupują bez żadnych ograniczeń finansowych — dodaje Piotr Piskorski.

Jednocześnie, jak przyznają producenci, jest to branża, w której nie ma miejsca na masową produkcję. — Węgrzy oczekują produktów o trochę innych gabarytach niż Polacy, więc standaryzacja produkcji i efekt skali jest w przypadku części asortymentu niemożliwa do uzyskania — mówi Paweł Busz, wiceprezes Robinson Europe. Jego zdaniem, szansą dla producentów i handlu jest coraz większa specjalizacja w kierunku sprzętu dla karpiarzy, wyczynowców itd.

— Z naszego punktu widzenia to możliwość sprzedaży droższego sprzętu i wyższej jakości — twierdzi wiceprezes Robinsona. Zarządzana przez niego spółka to jedyny giełdowy gracz w branży. Salmo dotychczas radziło sobie samo. — Dotychczasowy rozwój finansowaliśmy sami z zysków i kredytów. Pojedyncze fundusze interesowały się firmą, ale na razie nie zdecydowałem się na

wpuszczenie inwestora finansowego — mówi Piotr Piskorski. Robinson wykorzystał giełdę do zbudowania drugiej po wędkarskiej nogi biznesu. Spółka przejęła dystrybutora sprzętu sportowego Proll Sport. W maju tego roku kupiła sklep internetowy Outdoorzy.pl ze sprzętem sportowym.