Publiczna dyskusja przyszłych koalicjantów, Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości, o kształcie systemu podatkowego w najbliższej przyszłości, weszła w nową fazę. Po wręczanych sobie wzajemnie, w atmosferze happeningu, kalkulatorach, formułowanym oczekiwaniu, że „zwycięzca wprowadza w życie swój pomysł”, internetowym kalkulatorze podatkowym, przyszedł czas na apele. Ludwik Dorn, w imieniu PiS, zaapelował do PO „o wycofanie się z tego bardzo niedobrego pomysłu (wprowadzenia liniowego podatku dochodowego dla osób fizycznych), który może odstraszać obywateli od przyszłego rządu”.
Sam pomysł dyskusji o przyszłym systemie podatkowym w trakcie kampanii wyborczej, po raz pierwszy w naszej najnowszej historii (a nie o kolorze skarpetek partnerów i konkurentów), budzi szacunek. Ale już tryb dyskusji i argumenty są naprawdę żenujące. Bo czym lider PiS uzasadnia swój apel? Apeluje o to „w imię wyniku wyborczego, który umożliwi PiS i PO samodzielne sformowanie rządu”. Czyli jego pobudki to obawa nie o to, że propozycja PO jest niedobra, ale o to, że może obniżyć wynik wyborczy i uniemożliwić komfortowe rządzenie. Czyli filozofia: dajcie mi władzę, a resztę się zobaczy.
Podatkowa debata, z pewnością, będzie miała nowe odsłony, bo rośnie determinacja po obu stronach barykady. Zapytany przeze mnie, jak wyobraża sobie system podatkowy w 2007 roku, Donald Tusk, kandydat PO na prezydenta, odpowiedział bez wahania: 3 x 15. Jan Rokita, kandydat PO na premiera, mówi o determinacji w dążeniu do podatku liniowego. Obawiamy się więc, by — wobec kolejnych apeli — zaostrzająca się dyskusja nie skręciła w stronę przetestowaną z kolei przez kandydata PiS na prezydenta, który, przyciśnięty do muru, użył argumentu nie do zbicia: spieprzaj dziadu.