Kobiety nie czekają na brylanty

opublikowano: 21-08-2017, 22:00

Inwestorki kupują diamenty same — wskazuje Diamond Producers Association — i podobno nie decyduje o tym próżność, tylko gospodarność

Wyniki ostatnich badań otrzeźwiły branżę, bo wskazały wyraźne inwestycyjne pobudki w grupie, której wielu nawet o to nie podejrzewało. Jak podaje nowy raport DPA, wśród młodych Amerykanek kupujących brylanty aż 82 proc. robi to ze świadomością długoterminowego wzrostu wartości. Wśród pań z pokolenia milenialsów, których zarobki przekraczają 150 tys. USD rocznie, odsetek wzrasta nawet do 91 proc. — a wrażenie, że krajowemu Kowalskiemu nic do tego, jest bardzo pozorne.

Najdroższą w historii parą kolczyków są niebieski diament Apollo i różowy Artemis — każdy do innego ucha — które w maju sprzedano na aukcji za 57 mln CHF (214 mln zł).
Zobacz więcej

DYWERSYFIKACJA:

Najdroższą w historii parą kolczyków są niebieski diament Apollo i różowy Artemis — każdy do innego ucha — które w maju sprzedano na aukcji za 57 mln CHF (214 mln zł). SOTHEBY’S

Krew na diamentach

Jak podaje De Beers — koncern wydobywczy kojarzony i z nieskazitelnym blaskiem, i z rozlewem krwi — diamentowe zakupy robione przez milenialsów dla siebie samych stanowią prawie jedną trzecią wszystkich sprzedaży określanych jako „non-bridal”, czyli nie dla przyszłych panien młodych. Trend, który jest tak silny, że gwałtownie podnosi budżety na marketing, nie może się nie odbić na rynku światowym, szczególnie że Rapaport już podaje, jak kosztowne kampanie skierowane zostaną właśnie do pokolenia Y.

Wiadomość, że do zakupów brylantów w tak wysokim stopniu dochodzi w kontekście inwestycyjnym, jest w dodatku cenna nie tylko dla producentów drogiej biżuterii, ale dla inwestorów z mniejszym budżetem i pełnych obaw przed nietrafionymi lokatami. Rynkiem diamentów co jakiś czas próbuje zachwiać przekaz firm wprowadzających do obiegu tzw. syntetyki — kamienie o identycznie zachwycających właściwościach dla oczu, ale raczej bez szans na wzrost wartości.

Brylant z laboratorium łatwo przecież zestawić z brylantem krwawym, jak określono kamienie wydobywane w krajach afrykańskich z potrzeby finansowania łagodnie nazywanych działań zbrojnych. Wizerunek koncernu De Beers również na tym ucierpiał, jednak po zaostrzeniu norm — co nastąpiło już w 2000 r. — i ograniczeniu kanałów pozyskiwania surowca, o problemie przestało być tak głośno.

Do czasu, aż domniemanym krwawym celem wydobycia zaczęto się posługiwać dla podkreślenia zalet zdobyczy laboratoryjnych, które istotnie nie pochodzą z Angoli ani Sierra Leone, ale też nie oznaczają się na rynku rzadkością, która w przypadku większych naturalnych okazów gwarantuje rosnący popyt.

Di Caprio idzie na wojnę

Mimo wszystko, jak podaje Rapaport, wspomniane inwestorki ze Stanów Zjednoczonych kupują brylanty właśnie z powodu ich autentyczności, zapewniając producentom w miarę stabilny rynek zbytu. Żeby mówić przy tym o dobrze rokującej inwestycji, trzeba pamiętać, że oprócz oryginalności znaczenie ma też masa, dlatego przedsiębiorczeAmerykanki pytają u jubilera również o karaty.

W branży popularny jest w końcu sposób opisywania biżuterii z podaniem łącznej masy brylantów — np. „w pierścionku są diamenty o masie 1 ct.” — tyle tylko, że inwestycyjnie mają one istotnie niższą wartość niż pojedynczy, ale jednokaratowy kamień. Im większy, tym z założenia rzadszy, jeśli na odpowiednim poziomie zachowane są też pozostałe parametry z tzw. „4 C”.

Schemat wyceny diamentu ma cztery podstawowe parametry: carat weight, cut, clarity, color, czyli masę, szlif, przejrzystość i barwę, z których ten ostatni jest chyba najżywiej omawiany. Kiedy wycenia się kamień bezbarwny, najwyższą notę dostaje taki bez zanieczyszczeń i niewpadający w inne odcienie, natomiast kiedy szuka się najwyższego zwrotu, wszystko wychodzi na odwrót. Tak jak inwestycje w diamenty kojarzą się z bieluteńkimi kryształami, tak najcenniejsze okazują się teraz niebieskie — według danych Fancy Color Research Foundation (FCRF), ich ceny wzrosły r/r 5,5 proc.

W drugim kwartale niebieskie brylanty zdrożały na tyle, że zostawiły za sobą cały sektor tzw. fancy-color diamonds, czyli kamieni w żywych kolorach. Jak podaje FCRF, popyt na żółte brylanty jest dosyć zdrowy, na różowe nieznacznie spadł, a właśnie na niebieskie podnosi się w związku z podażą, która wyraźnie nie wystarcza inwestorom z Azji.

Według instytucji monitorującej ten rynek, zwiększający się popyt na rzadsze, kolorowe brylanty jest raczej stabilny i mimo niedostatków w ofercie, trend nie powinien się w najbliższej przyszłości odwrócić. Kamienie niebieskie czy różowe bywają trudniej dostępne, bo to w końcu nie diamenty bezbarwne i barwione w laboratorium, tylko wydobywane z ograniczonych złóż już w określonym, nietypowym kolorze.

W fabryce syntetyków nie ma niemożliwości, dlatego ich rynek ściga się z wydobywcami na wszystkie sposoby — wygrywa na razie wizerunkowo, bo inwestuje na nim wrażliwy na problemy środowiskowe Leonardo di Caprio, choć wszystko wskazuje na to, że dotychczas aktor bardziej kojarzy się z „Wilkiem z Wall Street” i pławiącym się w luksusie Gatsbym niż z rolą w filmie „Krwawy diament”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Kobiety nie czekają na brylanty