Budowa autostrad to duża inwestycja, którą trzeba planować co najmniej z kilkuletnim wyprzedzeniem. I tu dochodzimy do sedna problemu. Plany u nas zmieniają się wraz ze zmianą rządu — raz budujemy autostrady ze środków publicznych, raz w partnerstwie publiczno-prywatnym. W rezultacie nie budujemy ich wcale, a koszty niewybudowanych autostrad rosną. Wymiana kadr w Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad być może była konieczna, być może ta instytucja rzeczywiście potrzebowała świeżej krwi. Jest jednak zagrożenie, że zanim nowi szefowie dyrekcji wdrożą się w jej działanie, upłynie kolejnych kilka tygodni (w najlepszym razie) i będzie to zmarnowany czas.
Trudno mieć do Donalda Tuska pretensje, że nie miał jeszcze okazji wziąć do rąk nożyc i triumfalnie przeciąć wstęgę na nowym, równym jak stół odcinku autostrady. Rząd musi nadrabiać zaległości po poprzednikach (po wielu, nie tylko po PiS), jednak ten przykład pokazuje, jak nie spędzać czasu w opozycji. W poprzedniej kadencji politycy PO nie zostawiali suchej nitki na drogowych działaniach ekipy PiS. Nie przygotowali jednak własnych planów i bardziej bolesne od zaniechań poprzedników okazują się własne zaniedbania. Tak jak na studiach — gdy się nie chodziło na wykłady, trzeba zarywać noce przed egzaminem. A budowa dróg to — w kontekście EURO 2012 — jeden z najważniejszych egzaminów. Pora chyba wreszcie zacząć zakuwać.
Adam Sofuł, [email protected]