W Europie fotografie mają status dzieł sztuki. W Polsce nie zawsze nawet prace klasyków znajdują nabywców! Jeszcze nie.
Ryszard Horowitz, Krzysztof Gierałtowski, Edward Hartwig czy Tomasz Gudzowaty — ich prace kupowane są choćby dla nazwiska... A i to nie zawsze — nie są wszak tanie (nawet do kilkunastu tysięcy złotych).
Na aukcje przybywa tylko niewielkie grono zainteresowanych. Prace młodych twórców często sprzedawane są po kosztach. Bo przecież na samo wyprodukowanie odbitki o wymiarach 1 m x 2 m trzeba wydać zdrowo ponad tysiąc złotych. A zdjęcia dawne, często przedwojenne, da się kupić zaledwie za 200 do 600 zł.
— To właśnie obrazuje, jakie ten rynek ma perspektywy. Brakuje nam kultury delektowania się zdjęciami, skupowania ich, a z drugiej strony — wydajemy na sprzęt fotograficzny grube tysiące. Warto więc dostrzec, że są tacy, którzy robią zdjęcia lepiej od nas. Tworzą sztukę — przekonuje Tomasz Marszałł, dyrektor marketingu w Xelionie, prywatnie — kolekcjoner.
I typuje: Tomek Sikora, Tomasz Niewiadomski, Marcin Tyszka — ich prace warto kupować. Trzeba się też przyglądać temu, co robi Krzysztof Miller z „Gazety Wyborczej” (bo jego reporterskie zdjęcia są zjawiskowe) oraz Andrzej Dragan: jeśli będzie kontynuował to, co tworzy teraz, za jakiś czas jego prace staną się bardzo cenne. Ciekawe są również zdjęcia Bartka Pogody, który nauczył się fotografować w podróży...
Widoki na przyszłość są. Jedni pewnie rozmiłują się w fotografii, inni przejmą modę z Zachodu. Rynek nabierze dynamiki. Pierwsze dobre zdjęcie może okazać się zalążkiem kolekcji.
