Trwa nowelizacja unijnego rozporządzenia dotyczącego urzędowych kontroli żywności. Obecne obowiązuje od 9 lat. Przetrwało m.in. głośną aferę z koniną, która znalazła się w mięsie oznaczonym jako wołowe. Nie znalazła ona jednak — jak twierdzą spożywcy — należytego odzwierciedlenia w projekcie nowych przepisów. Legislatorzy zajęlisię natomiast ekonomicznymi aspektami kontroli — zdaniem branży, aż nadto gorliwie. Obecnie przedsiębiorca płaci za kontrolę tylko w przypadku wykrycia nieprawidłowości. W myśl projektu nowych przepisów ma płacić za każdą. Wyłączone z opłat mają być najmniejsze firmy.
— Obawiamy się, że takie podejście do opłat może rozszczelnić system, bo nie będzie się opłacało robić kontroli w małych firmach, ale jedynie w średnich i dużych, które zostaną potraktowane jako źródło dochodów dla inspekcji. To tak, jakby obciążać podatnika za to, że urząd skarbowy sprawdza jego PIT. Producenci żywności płacą przecież podatki, a poza tym to właśnie VAT z żywności ma największy udział w przychodach skarbu państwa. Z tych pieniędzy powinny być opłacane kontrole, zwłaszcza że przeprowadzane są dla zapewnienia bezpieczeństwa wszystkim konsumentom — mówi Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności (PFPŻ).
Obawy o skuteczność takiego systemu ma również Stowarzyszenie Polskich Producentów Wyrobów Czekoladowych i Cukierniczych Polbisco.
— Taki sposób finansowania nie jest dobrym rozwiązaniem. Może oznaczać wieczne naloty i ściganie tych przedsiębiorców, których firmy się rozwijają, więc są w stanie płacić za częste kontrole — uważa Marek Przeździak, prezes Polbisco. Podobną opinię ma PFPŻ.
— Taki system będzie wspierał budżet państwa, tak jak stało się z fotoradarami — podkreśla Andrzej Gantner.
To niejedyne zastrzeżenia branży. Przetwórcy są przekonani, że precyzyjnego uregulowania wymaga kwestia fałszowania żywności.
— Afera z koniną pokazała, że potrzebne jest stworzeniesystemu informowania/ ostrzegania o sfałszowanej żywności. W UE funkcjonuje system RASFF [System Wczesnego Ostrzegania o Niebezpiecznych Produktach Żywnościowych i Środkach Żywienia Zwierząt, w ramach którego kraje powiadamiają m.in. o wycofaniu z rynku żywności, ograniczeniu jej wprowadzania itp. — red.], który informuje o produktach niebezpiecznych. A produkty sfałszowane nie muszą być niebezpieczne, tak jak było to w przypadku soli wypadowej — mówi dyrektor generalny PFPŻ. Żeby stworzyć taki system, potrzebne jest jednak, według
Andrzeja Gantnera, ustalenie jednolitej — na poziomie unijnym — definicji produktu sfałszowanego i sposobu karania takich działań.
— Dzisiaj w niektórych krajach za fałszowanie żywności grożą konsekwencje finansowe, w innych uznawane jest to za przestępstwo karne, a w części nie ma prawie żadnych konsekwencji. To wymaga uregulowania, a bez ustalenia na poziomie unijnym, czym jest oszustwo żywnościowe, nie będziemy w stanie stworzyć skutecznego systemu informacji i karania — przekonuje dyrektor generalny PFPŻ.