Krnąbrna Irlandia nie znosi przymusu

Jacek Zalewski
opublikowano: 22-07-2008, 00:00

Wczorajsza wizyta prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego w Dublinie teoretycznie posłużyła wysłuchaniu przez niego Irlandczyków i zrozumieniu ich obiekcji wobec traktatu z Lizbony. Jednak nie posunęła rozwiązania problemu ani o krok, a „wspólne znalezienie sposobu na zachowanie przez europejską rodzinę jedności” — jak górnolotnie wyrażał się prezydent Francji — na razie jawi się mrzonką. Sarkozy, przewodzący w tym półroczu Unii Europejskiej, ma właściwie tylko jedną receptę — powtórzenie referendum oraz obowiązkowe zagłosowanie przez Irlandczyków za Lizboną. Powołuje się na precedens, jako że w takim trybie Zielona Wyspa ratyfikowała traktat z Nicei.

Każdy, kto z wyższością próbuje wywierać na Irlandczyków jakąkolwiek presję, kompletnie nie rozumie ich duszy. Wczoraj już sama okoliczność, że po wizycie u szefa rządu Briana Cowena, Nicolas Sarkozy dumnie urzędował we francuskiej ambasadzie, gdzie łaskawie przyjmował na posłuchaniach zwolenników i przeciwników traktatu — wpłynęła na fiasko misji. Trudno się dziwić, że przedstawiciele irlandzkich partii politycznych, które zgodnie — z wyjątkiem Sinn Féin (My sami) — popierały i popierają ratyfikację Lizbony, wytłumaczyli gościowi absurdalność jego oczekiwań i żądań.

Ostatnio spróbowałem wysondować u Polaków w Irlandii, na czym naprawdę polega problem ich molestowania przez pracodawców za rozmawianie po polsku na terenie zakładów pracy. Otóż wcale nie chodzi o obawę, że pracownicy ani chybi spiskują w swoim języku w sprawie podwyżki płac. Dosyć powszechna postawa gospodarzy ma głębsze tło społeczne i zalecza kompleks braku własnego języka, którym realnie posługuje się najwyżej dwa procent Irlandczyków, za to językiem angielskich okupantów — wszyscy.

Inaczej niż my — Irlandczycy są nacją, która bardzo mocno wspiera się i za granicą, i w kraju. Katolickie rodziny irlandzkie miewały po ośmioro dzieci, łączyły się wielostronnymi więzami — dlatego przybysz z zewnątrz ma wrażenie zaplątania się w jedną wielką rodzinną pajeczynę. W takiej tkance społecznej zdecydowanie łatwiej wzbudzić niechęć do obcych. Raz objawi się ona bojaźnią przed niezrozumiałym językiem przybyszów, na przykład z Polski, za chwilę zaś — przed narzucanym przez obcych traktatem. Skoro nie wiadomo dokładnie, o co w nim chodzi — najlepiej głosować przeciw.

Zamiast siedzieć wczoraj kilka godzin w ambasadzie, Nicolas Sarkozy zyskałby większą wiedzę na temat perspektyw powtórnego referendum, zaglądając do dowolnego sklepu z tysiącem pamiątek w zielonym kolorze albo do pubu, podkreślającego tradycję irlandzkiego jedzenia czy muzyki. A najlepiej — wyszedłby choć na chwilę ze strefy winnej i napiłby się ciemnego Guinnessa.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu