Królestwo brzydkich ryb

Wojciech Kowalczuk
opublikowano: 2004-10-01 00:00

Na północy Norwegii „iść na ryby” — to znaczy naprawdę iść. Odległości mierzy się w godzinach marszu po podmokłych lasach, skalnych rumowiskach, bagnach, suchych górskich okolicach.

Dokąd prowadzą te drogi przez mękę? Do raju. Raju dla wędkarzy.

— Zabierzcie tylko to, co niezbędne — powiedział nasz gospodarz, kiedy pakowaliśmy się przed wyjściem na pierwszą wędkarską wyprawę.

Trzy godziny później pałałem nienawiścią do dóbr materialnych w moim plecaku. Mimo późnego popołudnia, najcieplejsze od 30 lat lato wyciskało z nas siódme poty. Plus 25 stopni — zamiast typowych dla tej pory roku 14 — sprawiało, że polarny las przywodził na myśl tropikalną dżunglę.

Droga, przy której zostawiliśmy samochód (tu wszyscy tak robią, a mimo to ubezpieczyciele nie bankrutują na polisach komunikacyjnych), została daleko za plecami. Po dwugodzinnym marszu, naszym oczom ukazało się jezioro, jakiego nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Zagubione wśród lasu karłowatych brzóz, prawie pozbawione trzcin, wypełnione krystalicznie czystą wodą. I szczupakami!

Płetwa według obstalunku

Zaraz po rozbiciu obozu (dwa namioty i miejsce na ognisko) rozpoczęliśmy połowy. Już po pierwszym zarzuceniu błystki, mój spinning wygiął się w pałąk, a po chwili trzymałem w ręku szczupaka — niedużego, ale według polskich przepisów — wymiarowego.

Nasz norweski przyjaciel wyjaśnił, że możemy liczyć na znacznie więcej znacznie większych okazów. Bo w tym rejonie kraju na powierzchni równej Danii żyje zaledwie 70 tys. osób, a więc za mało, by przetrzebić ryby w kilku tysiącach miejscowych jezior. A poza tym Norwegowie, w przeciwieństwie do Polaków, mają szczupaki w głębokiej pogardzie, nazywają je „brzydkimi rybami”: prawie ich nie łowią. Upragnione norweskie wędkarskie trofea to duży łosoś i duża troć.

Niechęć, jaką tubylcy darzą płaskonose ryby, nie odstręczyła nas od szczupakowych łowów. Po kilkugodzinnej drzemce (sierpniowe białe noce nie zachęcają do długiego snu) wybraliśmy się nad płytkie rozlewisko. W wodzie o głębokości półtora metra, tuż przy brzegu czekały na nas szczupaki. Pierwszy raz w życiu mogliśmy wybierać ryby, które chcemy złowić... Polski podbierak nie wytrzymał intensywnej eksploatacji — i po prostu się połamał.

Tego samego dnia — wypad nad dwa sąsiednie jeziora. Złowiliśmy przepiękne, wojownicze okonie. Troci, o których marzył nasz gospodarz, nie było.

Starsza pani na drzewie

Między wypadami na ryby odpoczywaliśmy w letnim domu naszego gospodarza. Stoi nieopodal morskiego brzegu nad Porsangen — jednym z największych norweskich fiordów, na krańcu którego leży Nordkap: najdalej na północ wysunięty fragment Europy. Najszybciej można się tu dostać, dolatując samolotem do oddalonej o 160 km Alty lub nieco bliższego Lakselv. Dalej zostaje już tylko autobus lub wynajęty samochód. 2 tys. km dzieli Porsangen od Oslo. Ludność to Norwegowie, Lapończycy — i Finowie, którzy przed laty chętnie przybywali tu za chlebem. Dlatego większość tablic informacyjnych zawiera napisy w tych trzech językach.

Finką była pierwsza właścicielka domu, w którym gościliśmy. Sprzedając go, starsza pani ostrzegała, że po śmierci wróci pod postacią sroki, by doglądać, czy jej siedlisko jest należycie zadbane. Po latach w koronie drzewa rosnącego przy domu sroka zbudowała sobie solidne gniazdo... Spotykaliśmy ją często i — na wszelki wypadek — podrzucaliśmy smakołyki.

Ślicznotki z charakterem

Przed kolejną wyprawą na ryby zredukowaliśmy ekwipunek: szliśmy w góry. W plecakach zostały tylko śpiwory i suchy prowiant. Wędkarskie akcesoria, nie licząc samych wędek, zmieściliśmy w pudełeczkach wielkości paczki papierosów.

Marsz rozpoczęliśmy w słoneczne popołudnie. Wkrótce rzadkie brzozowe lasy zniknęły za nami — w dole, i znaleźliśmy się wśród nagich skał, pooddzielanych kamienistymi równinami. Krajobraz, choć surowy i nieco posępny, zapierał dech w piersiach. Musieliśmy jednak stale uważać na skalne rumowiska, a przede wszystkim pola traw o białych, pierzastych kwiatach, bo zasiedlały grzęzawiska, które ni stąd, ni zowąd pojawiały się pośród suchych skalnych pustkowi.

Celem naszej podróży było niewielkie jezioro — wysoko w górach. Tam złowiliśmy pierwsze trocie! Te stosunkowo niewielkie rybki to prawdziwe piękności. Ich smukłe ciała mają kolor starego złota i są pokryte fioletowymi cętkami w białych obwódkach. Lecz najbardziej imponujący jest charakter troci. Kiedy atakuje przynętę, odnosi się wrażenie, że kotwicę połknęła ryba o wiele większa. Walczy do upadłego — i często wygrywa...

Tym razem pogoda na krótko pokazała typowe dla tych okolic oblicze. Wiatr znad oceanu przywiał mgłę, która opadła w postaci mżawki. Szczeliny w gruncie szybko zamieniły się w błotniste bajorka, a w naszych butach trekingowych woda chlupała jak w sadzawkach. Nieważne... Złowiliśmy trocie!

Gotowi na wszystko

Cała przyroda za kręgiem polarnym zdaje się wyznawać zasadę, że liczy się tylko to, co niezbędne. Flora jest mało zróżnicowana — dwa gatunki brzóz: niska do 3 metrów i karłowata — płożąca się po ziemi. Oprócz tego klika gatunków krzewinek spokrewnionych z naszymi borówkami i jeżynami. Na okrasę trawa, mech — i to wszystko.

Z fauną — podobnie. Prócz mew trzymających się wybrzeża i naszej przyjaciółki sroki, przez tydzień, spędzony w okolicach Porsangen, nie widzieliśmy innych ptaków. Pod dostatkiem jest tylko reniferów. Wysoko w górach i nad brzegiem morza, w przydomowych ogródkach i na drogach, nierzadko nawet w wiatach na przystankach autobusowych.

Ale ci, którzy tu mieszkają, nie wyobrażają sobie życia gdzie indziej. Nie przeszkadza im nawet trwająca ponad 2 miesiące noc polarna: twierdzą, że ten czas świetnie wpływa na konsolidację lokalnych społeczności. Rodziny i przyjaciele spotykają się wtedy często — i snują opowieści. Ulubiony motyw? Rodzinne koligacje. Szczególnie starsze panie celują w historiach typu: Anhelen poślubiła Olafa, najmłodszego syna Eryka i Elsabet... A opowiadają je z taką maestrią, że potrafią wypomnieć wiek każdemu, nie ujawniając własnego.

— Nawet najcięższe warunki nie są problemem, gdy jesteś przygotowany. Prawie 50 stopni mrozu to tutaj nic niezwykłego, podobnie jak podwójna izolacja domów i dwa niezależne systemy ogrzewania — mówi nasz gospodarz.

Konwój do Murmańska

Nasz ostatni wypad na ryby trwał kilkanaście godzin. Przejechaliśmy kilkaset kilometrów w pobliże miasta Kirkenes, z którego dużo bliżej do Murmańska niż do Lakselv. I znów przewędrowaliśmy szmat drogi, i znów dotarliśmy do jeziora, w którym nikt nie wędkował od lat.

Przyroda tej surowej krainy pożegnała nas, obdarowując podwójnie. Najpierw pozwoliła każdemu złowić po pięć szczupaków w ciągu godziny. Później zaś udzieliła lekcji pokory. Burza, na którą zanosiło się od rana, wreszcie nadeszła. Pioruny biły tak blisko, że na wszelki wypadek złożyliśmy wędki z włókien węglowych, które doskonale przewodzą prąd. Ubrania przemokły w mgnieniu oka. W tych warunkach czyściliśmy ryby, a potem doczłapaliśmy do pozostawionego kilka kilometrów dalej samochodu.

Mimo to byliśmy zadowoleni. Opuszczaliśmy Norwegię z tym, po co przyjechaliśmy. Wszak dzisiaj człowiek poluje i łowi ryby nie dla pożywienia, ale po to, aby na nowo przypominać sobie elementarne prawdy...