Koalicja Prawa i Sprawiedliwości, Ligi Polskich Rodzin i Samoobrony odradza się na naszych oczach jak — nie przymierzając — feniks z popiołów. Na początek odrodziła się w głosowaniu o przerwanie obrad Sejmu do wtorku i wiele wskazuje na to, że wkrótce odrodzi się również w rządowych gabinetach. „We wtorek rano premier Lepper odbierze nominację w Pałacu Prezydenckim” — prorokuje wicepremier Roman Giertych, który niepostrzeżenie w ostatnich dniach przejął polityczną inicjatywę. Do wtorku bowiem mają się zakończyć rozmowy na temat nowej umowy koalicyjnej. Dlatego przerwano obrady Sejmu, by nie dopuścić do głosowania wniosku o samorozwiązanie Sejmu.
Odsunięcie o kilka dni głosowania nad skróceniem kadencji parlamentu można uznać za niesmaczne, ale nie jest politycznym dramatem (przynajmniej nie większym niż parę ostatnich parlamentarnych spięć), bo wynik był przesądzony. Sejm będzie trwał. Wygląda na to, że po prostu zasiadające do koalicyjnych negocjacji partie chcą mieć w zanadrzu możliwość sięgnięcia po groźbę wcześniejszych wyborów parlamentarnych. To nic nowego, bo PiS w ostatnim roku sięgało po tę broń już wielokrotnie. Jedyną zmianą jest to, że teraz z równym powodzeniem tę broń mogą stosować koalicyjni partnerzy PiS. I — o ile do powołania koalicji ostatecznie dojdzie (a w polskiej polityce wszak nie można być niczego pewnym) — to premier Jarosław Kaczyński będzie miał w niej rzecz jasna nadal pozycję dominującą, ale już słabszą niż miesiąc wcześniej.
Wraz z odrodzeniem koalicji prysnąłby mit o politycznym geniuszu i nieomylności Jarosława Kaczyńskiego. Okazałoby się, że decyzja o wyrzuceniu z rządu Andrzeja Leppera, która spowodowała ostatni kryzys, była błędem. Być może krył się za nią jakiś polityczny plan (rozbicie Samoobrony), ale nie wypalił, bo premier popełnił błąd, kalkulując swoje siły. Gorszą ewentualnością może być tylko to, że dymisja Leppera była emocjonalną reakcją na, przyznajmy, bulwersujące czasem wypowiedzi niesfornego wicepremiera. Premier Kaczyński straciłby wizerunek zimnego i wyrachowanego gracza politycznego, a zacząłby być oceniany jako polityk nieobliczalny. Niezależnie od tego, który scenariusz jest bliższy prawdy, wizerunek premiera znacznie na całym zamieszaniu ucierpi. Ponowne zawiązanie takiej samej koalicji oznaczałoby, że miesięczny poważny kryzys w polityce był absolutnie niepotrzebny, a może okazać się kosztowny, jeśli wziąć pod uwagę zwłokę w pracach nad budżetem, podatkami, nowelizacją prawa bankowego itp. Dobrej odpowiedzi na pytanie, po co było jeść tę żabę, brak i wątpliwe, by ktokolwiek taką wymyślił.
Powrót do starej koalicji nie jest z pewnością marzeniem Jarosława Kaczyńskiego, ale nie jest nim również mało komfortowa sytuacja funkcjonowania na czele rządu mniejszościowego ani przedterminowe wybory, które według obecnych sondaży oznaczałyby oddanie władzy. Obecny kryzys nie musi być zabójczy dla politycznej kariery Jarosława Kaczyńskiego. Ten polityk wychodził już z większych opresji i przetrwał wiele kryzysów (tym łatwiej, że wiele z nich sam wywołał, jak obecny). Ten też pewnie przetrwa, ale to nikła pociecha — niezależnie od zakończenia tej historii, jesteśmy skazani co najmniej na kilka kolejnych miesięcy niestabilnych rządów, aż do następnego poważnego kryzysu.