Polski rynek pracy ciągle zagłębia się w kryzysie. Jak wynika z badania firmy doradztwa personalnego ManpowerGroup, dokładnie tyle samo firm zamierza w najbliższym kwartale zwiększać, co zmniejszać zatrudnienie (po 11 proc. przebadanych pracodawców). Jak na tę porę roku, to zły wynik — normalnie na wiosnę grono firm planujących przyjmować nowych pracowników jest znacznie większe niż firm, które planują ich zwalniać.



— Wiosna to okres, w którym zatrudnienie powinno rosnąć, ponieważ powstają sezonowe miejsca pracy w budownictwie, gastronomii, turystyce itp. Jeśli więc, mimo to, pracodawcy nie planują zwiększać zatrudnienia, oznacza to, że sytuacja na rynku pracy się pogarsza — mówi Iwona Janas, dyrektor generalna ManpowerGroup.
Ukryty regres
Wskaźnik wyrównany sezonowo, który eliminuje tego typu statystyczne zawirowania, spadł nieznacznie w bieżącym kwartale, do -2 pkt z -1 kwartał wcześniej. Indeks jest na najniższym poziomie od początku 2008 r., odkąd prowadzone jest badanie.
— Obecnie na rynku pracy mamy stagnację. Nic nie zapowiada żadnych gwałtownych redukcji miejsc pracy, ale też nie widać żadnych oznak zbliżającej się poprawy — mówi Iwona Janas.
Na dziesięć badanych przez ManpowerGroup sektorów w pięciu zatrudnienie będzie w najbliższych miesiącach spadać, w czterech będzie rosło, a w jednym — rolnictwie — pozostanie bez zmian.
Największe spadki zatrudnienia prognozowane są przez firmy z przemysłu wydobywczego (odsezonowany wskaźnik wyniósł -18 pkt), energetyki (-14 pkt) oraz branży hotelowo-gastronomicznej (-5 pkt). Najlepsza sytuacja jest w administracji publicznej i transporcie (po 9 pkt) oraz handlu (2 pkt).
Ponure nastroje pracodawców, a także silny napływ siły roboczej (ostatnie roczniki wyżu demograficznego wchodzą właśnie na rynek pracy, ponadto podnoszony jest wiek emerytalny kobiet i likwidowane są przywileje emerytalne) sugerują, że osób bez pracy będzie w Polsce dalej przybywać. Według większości prognoz, bezrobocie (po wyeliminowaniu sezonowości) będzie rosło jeszcze przynajmniej przez kilka, a może nawet kilkanaście miesięcy.
Według Grzegorza Ogonka, ekonomisty ING Banku Śląskiego, na koniec roku stopa bezrobocia wyniesie 14,7 proc. (wobec 13,4 proc. na koniec 2012 r.). Nieco mniejszym pesymistą jest Piotr Bujak, główny ekonomista banku Nordea. Jego zdaniem, bezrobocie na koniec roku sięgnie około 14 proc.
— Wzrost gospodarczy w Polsce odbija się już od dna i w najbliższych kwartałach powinien przyspieszyć. Rynek pracy jest jednak zawsze opóźniony w stosunku do dynamiki PKB, dlatego jeszcze przez jakiś czas będziemy widzieli spadek zatrudnienia i wzrost bezrobocia — mówi Piotr Bujak.
Zbawienna inflacja
Mizeria na rynku pracy oznacza zwykle również mizerię w konsumpcji. Ludzie tracą pracę, więc ich skłonność do robienia zakupów się kurczy. Ta zasada świetnie sprawdzała się w ostatnich kwartałach. Wydatki Polaków na konsumpcję w IV kw. 2012 r. spadły o 1 proc. (rok do roku), co było pierwszym spadkiem od prawie 20 lat.
Jednak wiele wskazuje na to, że w najbliższych miesiącach ta zależność między zatrudnieniem a konsumpcją się rozreguluje. Mimo słabości rynku pracy perspektywy dla polskiej konsumpcji są dziś dość optymistyczne. Jak wynika z przedstawionych wczoraj prognoz Narodowego Banku Polskiego (NBP), popyt konsumpcyjny najgorsze ma już za sobą i odtąd będzie z kwartału na kwartał rósł. Według banku centralnego, w najbliższym kwartale roczna dynamika konsumpcji wzrośnie do 0, w czwartym kwartale 2013 r. sięgnie 1,6 proc., a rok później wyniesie już 2,4 proc., co jak na polskie warunki będzie już całkiem przyzwoitym wynikiem.
Jak to możliwe, że przy słabych perspektywach dla zatrudnienia i bezrobocia nasza konsumpcja ma szansę na coraz szybszy wzrost? Analitycy NBP tłumaczą, że kluczową rolę odegra tu inflacja. W ostatnich miesiącach obniżyła się do 1,7 proc. (najniżej od prawie sześciu lat) i — zdaniem banku centralnego — pozostanie na zbliżonym poziomie przez najbliższe dwa lata.
To ważne, bo w 2012 r. inflacja była tak wysoka, że praktycznie w całości zjadała polskim pracownikom podwyżki płac. — Niska inflacja będzie podnosić realny wzrost wynagrodzeń w Polsce. Ponadto pod koniec roku spodziewamy się przyspieszenia płac oraz stabilizacji poziomu zatrudnienia. W efekcie popyt konsumpcyjny będzie stopniowo się nasilał — tłumaczy Jacek Kotłowski z Instytutu Ekonomicznego NBP.